Nie nadaje się do spożycia

Wpisy

  • niedziela, 06 grudnia 2015
    • 82 – Le Viol du Vampire (1968)

      24

      Z pudełka: Czy cztery piękne dziewczyny mieszkające w odludnej posiadłości to wampiry? Czy tylko ofiary chorej wyobraźni sprytnego zarządcy? Spróbuje to wyjaśnić trójka młodych naukowców przybyłych na francuską riwierę. Beztrosko wmieszają się w historię która szybko ich przerośnie, i zmierzać będzie nieuchronnie w kierunku spotkania ze złem - z którego nie wszyscy wyjdą żywi...

      Nie na temat: Francuzi mają własny przepis na wszystko. Nawet złe filmy znad Sekwany różnią się od innych (i wcale nie dlatego że mówią w nich po francusku). Bezimienni bohaterowie, którzy przychodzą znikąd i tamże odchodzą, po drodze robiąc rzeczy jakie nikomu z nas nie przyszłyby do głowy - to jest pierwszy sygnał. Jeżeli scenariusz ma w pogardzie przyczynę i skutek, rzeczy wydarzają się bez wyraźnego powodu, a widz często drapie się w głowę w zadumie - prawdopodobieństwo wzrasta. Jeżeli jeszcze ambitny reżyser, skupiony na przesłaniu swego dzieła, bagatelizuje elementy filmowego rzemiosła: oświetlenie czy scenografię - to musi być Francja. Jeszcze dźwięk - awangardowy (bardzo awangardowy) jazz i muzyka współczesna. I obraz - artystyczne ujęcia, ukośne kadry, plus szczypta erotyki, szczególnie w filmach z późnych lat 60-tych.

      Włączając "Le viol du vampire" nie pamiętałem nawet, że reżyser Jean Rollin już u mnie debiutował - ze swoim bardzo bardzo złym filmem o podwodnych nazistowskich zombie: "Zombie Lake". Ale właśnie "Le viol du vampire" to jego znak firmowy - opowieść o wampirach z lekkim zabarwieniem erotycznym. Z biegiem czasu lekkie zabarwienie w filmach Rollina stawało się coraz cięższe, a wampiry przestały być składnikiem obowiązkowym. I tak po "Naked Vampire", "Caged Vampire" i "Sex and the Vampire" pojawiły się takie hity jak "Winogrona śmierci" (pestycyd rozpylany nad winnicami zamienia pracowników w zombie!) czy właśnie "Jezioro zombie". Potem przyszła kolej na "Emmanuelle 6", "Sodomania" i tym podobne quasi-pornograficzne produkcje. Pod koniec życia powrócił do ulubionych tematów, kręcąc "Two Orphan Vampires" i "Dracula's fiancee". Pozostał przy tym wierny swoim wizjom i brakom warsztatowym, dostarczając miłośnikom złych filmów niewyczerpanego źródła rozrywki.

      Fabuła: Od pierwszych kadrów "Gwałtu na wampirze" (a raczej wampirzycy, bo wizja świata pana Rollina jest zdecydowanie hetero) czujemy, że będzie nastrojowo, i ciężko. I że będzie dużo nagich biustów - nie wypada mi jednak ekscytować się tym na blogu, więc umówmy się że ujęcia tego typu będę oznaczał neutralnym symbolem (.)(.).

      Cztery młode panny żyją w odosobnionej wiejskiej posiadłości - może, jak same twierdzą, są wampirami, a może wmówił im to zarządca (albo właściciel) tej rezydencji, człowiek o wyraźnie złych i sprośnych zamiarach? Oddają cześć bardzo niestrasznemu totemowi (czy wspominałem o pogardzie do scenografii?), głaszczą papierowe nietoperze, robią marsze z pochodniami, mają niezrównoważonego służącego i dużo wspomnień z przeszłości o chłopach z widłami (a może to wcale nie są wspomnienia?).

      051

      Coś jednak w ich życiu się zmieni - do posiadłości przybywa trójka miastowych, w bardzo francuskich czarnych swetrach, przekonana że wampiry nie istnieją i zdecydowana biednym dziewczętom pomóc. Z oczywistych powodów zarządcy się to nie podoba, ostrzega więc jedną z sióstr (niewidomą) przed zagrożeniem, mimochodem ją rozbierając (.)(.).

      Nagle przenosimy się w czasy Ludwika XV, gdzie trwa szermierczy pojedynek - kobieta kontra mężczyzna. Kobieta pada przebita ciosem w samo serce (.)(.) i okazuje się wampirem - trudno powiedzieć dlaczego, ale tak twierdzi jej przeciwnik. Zostaje więc pogrzebana, ale adwersarze popełniają szkolny błąd nie oddzielając głowy od ciała - i tak zaczyna się historia sióstr. Wiem, brakuje kilku szczegółów (wygrzebała się i poszła mieszkać na wieś? I skąd się wzięły siostry?). Ale scenariusz takimi niuansami nie zawraca sobie głowy, tylko pędzi dalej.

      Wracamy w teraźniejszość - trójka miastowych dotarła już do posiadłości (ustalenie ich imion nie było łatwe: kobieta to Brigitte, jej chłopak Marc oraz Thomas - najbardziej zawzięty psychoterapeuta). W ramach niecodziennego powitania wampirzyce zaczynają rozbierać Brigitte (.)(.) na szczęście interwencja mężczyzn nie pozwala sytuacji wymknąć się spod kontroli.

      Można się brać do leczenia. Tylko właściwie jak? Jednym z pomysłów jest wyrwanie i spalenie wszystkich okolicznych krzyży, otaczających posiadłość, do czego Thomas ochoczo się zabiera. Pozostała dwójka ma dla całej sprawy mniej entuzjazmu, szybko zaczynają się też różnić co do metod terapeutycznych - nowoczesna psychoanaliza, czy polewanie zimną wodą?

      072

      Wśród sióstr nastroje też zróżnicowane - dwie w zasadzie chętnie poddałyby się leczeniu u przystojnych młodzieńców, pozostałe są sceptyczne. Co nie przeszkadza wszystkim przechadzać się po zimnych kamiennych wnętrzach w mocno prześwitujących strojach. Przypominają sobie historię o tytułowym gwałcie (.)(.), jedna z sióstr wchodzi na dach i życzy przybyszom śmierci, a inna idzie do totemu po radę. Ta jest jednoznaczna: zabić! Tyle że my widzimy oszustwo, bo za totemem kryje się facet - zapewne zarządca - i podszywa pod siłę nadprzyrodzoną. Ale rada to rada - wampirzyca rusza więc z nożem na przybyszów. Zanim ich jednak znajdzie, wda się w sprzeczkę z bardziej pokojowo nastawioną siostrą (.)(.) i stoczy z nią szermierczy pojedynek (.)(.) - na swoje nieszczęście, bo padnie przebita szpadą zanim zdąży choćby zranić przybyszy.

      W czasie gdy kolejna z sióstr wyruszy za namową Thomasa przezwyciężać swój lęk przed światłem, właściciel posesji nie próżnuje i podburza okolicznych chłopów. Co prawda przeciwko przybyszom, ale nieco zdezorientowani - podobnie jak widzowie - chłopi ruszają z widłami na wampirzyce. Zwracam uwagę na nienachalnie doklejone wąsy.

      113

      Dopadają jedną z sióstr, w tym czasie Brigitte z niejasnych powodów zaczyna snuć się po pustym polu, w końcu pada martwa - i tak znajduje ją jej chłopak, Marc. Thomas w tym czasie zajmuje się niewidomą siostrą - skutecznie, bo udowadnia że ślepotę ktoś jej wmówił, a ona ma świetny wzrok. Niestety szczęście tych dwojga trwa krótko, bo jeden z chłopów celnym rzutem widłami wybija pannie oczy, tym oślepiając ją już na dobre. Co ciekawe, chłopów prowadzi Marc, najwyraźniej chcąc pomścić śmierć swojej dziewczyny Brigitte, mimo że wampirzyce nie wydają się mieć z nią żadnego związku.

      Thomas daje się ugryźć ostatniej wampirzycy, by udowodnić że się nie boi i że wampirów nie ma. Natychmiast pada zemdlony, więc może jednak są? Chłopi korzystając z okazji wdzierają się do posesji i zaczynają dobierać do ostatniej z sióstr (.)(.). Ale tylko na chwilę, bo coś odciąga ich uwagę i z posesji wychodzą. Thomas odzyskuje przytomność przekonany, że wampiry istnieją. Gotów jest nawet w tej sprawie do bójki z Marcem, który jednak salwuje się ucieczką - dając Thomasowi okazję do złożenia kilku ważnych obietnic (lekarstwo na wampiryzm!) i wymienienia namiętnego pocałunku. Wymykają się tajnym przejściem (.)(.) i wychodzą na piękną plażę. Gdzie niestety czyha już ze strzelbą żądny zemsty Marc... I tak zaczyna się druga część.

      Tak, z jakiegoś powodu film podzielony jest na dwa niezależne epizody. W tym drugim naszym bohaterom (tym pozostałym przy życiu i tym pozornie już martwym) przyjdzie stoczyć pojedynek z samą Królową Wampirów! A fabuła rozpadnie się do tego stopnia, że trudno już mówić o narracji - po prostu na ekranie coś się dzieje.

      Zaczyna się on dokładnie tam, gdzie skończył pierwszy - na plaży będącej sceną tragedii zjawia się teraz mnóstwo postaci, w tym nadzorca, który ogląda zwłoki zastrzelonej wampirzycy (.)(.) Znikąd pojawiają panny w habitach, i zabierają go przed oblicze królowej - która właśnie dopłynęła ze swoim orszakiem. Ma łódź z Batmanem, dwóch pomocników (czarnego i białego), krótkie włosy, ciemną skórę i częściej niż inne wampirzyce eksponuje swoje wdzięki.

      162

      Osobiście przebija nadzorcę nożem (.)(.) i oblizuje ostrze z krwi. Martwi ją, że przez niedbałość jej sługi wszystko (?) trzeba będzie zacząć od nowa. Każe obciąć głowy zwłokom (.)(.), ale nie wie, że krew nadzorcy ożywiła już jedne z nich (.)(.). Głośna freejazzowa improwizacja zmienia się w muzykę współczesną, a Thomas wstaje z martwych i zaczyna gryźć innych, podążając za swoim nowym instynktem. Okazuje się, że druga z sióstr też przeżyła, i będzie teraz damą dworu królowej. Jakiś lekarz odgania czarnego i białego pomocnika od swojej pacjentki, a kobieta z zaszytymi oczami karmi inną kobietę w trumnie.

      Pacjentka lekarza składa wizytę królowej (.)(.) i służy jej za aperitif. A potem wywożą ją na cmentarz. Albo wynoszą z cmentarza. Właściwie to nie wiem, ale zjawia się Marc - który zmienił image i wygląda jak dziwny gość w okularach. Włazi do krypty, napotyka niewidomą dziewczynę, ogłusza ją i wynosi. W międzyczasie coś dzieje się z jakąś trumną, przejmuje ją orszak, w którym jedzie lekarz, mnich i parę innych postaci. Od 15 minut filmu nie padło ani jedno słowo, co nie ułatwia zrozumienia i tak bardzo niejasnej fabuły. W każdym razie na końcu okazuje się, że za wszystkim stoi królowa (.)(.). Zabiera niewidomą dziewczynę i odjeżdża. Marc w tym czasie jedzie zupełnie gdzie indziej, ścigając lekarza. Udaje mu się nawet przeskoczyć z samochodu na samochód, ale dostaje w łeb i pada. Świta królowej zawozi niewidomą na plażę (.)(.), bawi się z nią w berka, a potem zostawia i bawi się w berka ze sobą (.)(.) (.)(.). Cała sekwencja kończy się wreszcie, bo nawet najwytrwalsi miłośnicy złych filmów walczą by nie sięgnąć po pilota.

      Doktor tymczasem wyjaśnia Marcowi sytuację - jest zakładnikiem królowej, bo jego dziewczyna cierpi na wampiryzm - i szuka od wielu lat antidotum. Marc jako psychoanalityk oferuje pomoc - robi operację na kolejnej pacjentce, i w ciągu minuty wyodrębnia 'bakterię wampiryzmu', oszczędzając lekarzowi kolejnych lat poszukiwań. Ale królowa coś podejrzewa, bo bierze dziewczynę lekarza na przesłuchanie (.)(.). Słudzy okładają nieszczęśnicę wodorostami - a może tak jej się tylko wydaje, ale bardzo cierpi, i w końcu chyba wszystko wyjawia, bo przyboczni królowej zgarniają Marca i lekarza tuż po tym jak syntetyzują ostateczną formułę.

      Marc budzi się w swoim mieszkaniu... u boku Brigitte, która szczebiocze jak gdyby nigdy nic. Coś mu w tym wszystkim nie pasuje, dlatego bierze spluwę i rusza śledzić dziewczynę, która w międzyczasie wyszła na 'spotkanie z koleżanką'. Doktor w tym czasie zostaje skrępowany i porzucony w swoim gabinecie. Na szczęście namawia swoją pacjentkę by ta - mimo wielkiej dziury w brzuchu - wstała ze stołu operacyjnego i go uwolniła (.)(.). Co czyni i umiera.

      Marc razem z Brigitte docierają do miejsca, gdzie dwie dziewczyny są (chyba) zamieniane w wampiry (.)(.). A może po prostu oddają krew? Brigitte okazuje się całkiem martwa, jej stan uległ tylko chwilowemu polepszeniu, a teraz wraca do normy.

      203

      Dzięki pistoletowi opędza się od kolejnych postaci w habitach, ale nic nie jest w stanie ukoić jego zbolałej duszy. My zaś mamy przebitkę na grupę muzykantów, wykonujących te wszystkie awangardowe utwory, które towarzyszyły nam przez cały film. Trwają przygotowania do jakiegoś obrzędu - nie do końca wiadomo jakiego, ale zapowiedź że 'world will become a feast of blood' nie brzmi dobrze.

      To będzie wesele - ślub lekarza z jego dziewczyną. Oczywiście czarne wesele prowadzone przez Królową Wampirów, z czarną hostią i kielichem wyciągniętym z trumny. Sam obrzęd jest niezwykle krótki (.)(.) - sprowadza się do tego, że pan i panna młoda muszą wejść do trumny i umrzeć. Zabicie trumny gwoździami kończy część oficjalną i wprawia publikę w ekstazę. Ale chwilę później lekarz z małżonką wychodzą z drewnianego pudła - i królowa zaczyna rozumieć, że została zdradzona. Wątpliwości rozwiewa ekipa z karabinami maszynowymi, która rozwala większość gości weselnych. Królowej udaje się uciec, ale pociągając z naczynia z krwią wpada w kolejną pułapkę - ktoś dosypał trucizny (a może antidotum na wampiryzm?) i w ten sposób władczyni kończy swój zły żywot.

      26

      Końcowe sceny nie odstają poziomem od reszty filmu - dziewczyna lekarza zażywa antidotum i umiera, co doktor przyjmuje ze stoickim spokojem naukowca. Pomocnica królowej chce uciekać łódką, ale dopada ją niewidoma, wciąż pełzająca po plaży. Thomas i jedna z sióstr-wampirzyc siedzą zamknięci w piwnicy by nie gryźć już innych (mamy pocałunek i obowiązkowe 'je t'aime'). A Marc niesie ciało Brigitte po ulicach Paryża, narzekając że wszyscy są martwi, tańcząc i kręcąc się w kółko oraz wzywając imię Kordelii (??) pod wieżą Eiflla.

      I to tyle. Za najlepsze podsumowanie tego filmu posłuży chyba jego ocena w bazie IMDB - 5.6 w skali 1-10 to niezły wynik, ale spojrzenie w szczegóły pokazuje, że praktycznie nikt nie wystawia mu takich 'średnich' ocen. Oglądający przyznają "Le viol du vampire" skrajne noty - 10 albo 1, w zależności od tego czy kupili 'oniryczny nastrój' nie przejmując się resztą, czy jednak bezsens całości okazał się nie do zniesienia. Ja niestety zaliczam się do tej drugiej grupy - fabuła jest takim bełkotem, a realizacja tak żenująca, że nawet najbardziej mroczne gotyckie wnętrze nie jest w stanie tego wynagrodzić. I tak, przeszkadza mi że bohaterowie - z nielicznymi wyjątkami - nie mają imion. Szczególnie że wszyscy Francuzi są najwyraźniej do siebie podobni. Aczkolwiek trzeba oddać, że w warstwie wizualno-dźwiękowej film bywa frapujący. Dlatego na koniec opisu wrzuciłem jeszcze kilka dodatkowych kadrów.

      Czego się nauczyłem:

      - ruch antyszczepionkowy ma rację - szczepionki mogą cię uodpornić na chorobę, ale jednocześnie zabić

      - francuscy chłopi noszą szaliki na szyi i marynarki pod kolor wideł

      - ciepły francuski klimat zniechęca kobiety do noszenia biustonoszy i w ogóle czegokolwiek grubszego niż jedwabna koszula nocna

      W następnym odcinku:

      Jeszcze nie zdecydowałem w 100%, ale pewnie znowu coś z klasyki, na przykład "Land of the Minotaur".

      I jeszcze obiecana porcja dodatkowych kadrów:

      031

      121

      012

      171

      212

      272

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ 82 – Le Viol du Vampire (1968)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 grudnia 2015 21:31
  • niedziela, 01 listopada 2015
    • 81 – They Saved Hitler's Brain (1968)

      202

       

      Z pudełka: Wokół profesora Colemana z dnia na dzień gęstnieje atmosfera. Jego badaniami nad antidotum przeciwko śmiertelnemu Gazowi G interesuje się armia - to naturalne. Ale dlaczego w jego otoczeniu pojawia się coraz więcej wysportowanych blondynów? Kiedy zaczynają ginąć ludzie, i gdy nieznani sprawcy porywają córkę profesora, staje się jasne że to nie przelewki. Trop prowadzi do zapomnianego wyspiarskiego kraiku - Mandory.  Oraz do postaci, która wydawałoby się odeszła już z tego świata...

      Nie na temat: Na początek odrobina akademizmu i szufladkowania. Bo film "They Saved Hitler's Brain" możemy zakwalifikować do trzech różnych nurtów - może nie tak popularnych jak ekranizacje amerykańskich komiksów, albo historie o superszpiegach, ale zawsze.

      Nazisploitation - tutaj "They Saved..." jest kandydatem nieoczywistym, bo w filmie nie pojawiają się wąsaci naziści... To znaczy pojawiają się, ale nie upokarzają z lubością pojmanych alianckich kobiet, i nie zmuszają ich do różnych złych rzeczy. Ale skoro występuje sam Fuhrer, to powinniśmy chyba odstąpić od książkowej definicji.

      Filmy o głowach oddzielonych od ciała - oprócz naszego mamy tutaj takie perły jak "The Thing That Couldn't Die" - o tym, że we własnym ogródku można wykopać głowę XVI-wiecznego wyznawcy Szatana. I to całkiem żywą. Albo "The Brain That Couldn't Die" - o chirurgu, który ocala z wypadku jedynie głowę swojej narzeczonej. A potem poszukuje ciała, do którego mógłby ją przyszyć. Ewentualnie "The Incredible 2-headed Transplant" - o kłopotach, jakie sprawia przyszycie dodatkowej głowy wyrośniętemu, acz niezbyt rozgarniętemu młodzieńcowi. Szczególnie jeśli jest to głowa mordercy.

      Co ciekawe, nawet jeśli tytuł sugeruje historię o mózgu, zazwyczaj bohaterem jest cała głowa (w przypadku "They Saved..." nawet z ramionami). Jedynie w "Atomic Brain", opisywanym przeze mnie dawno temu, mamy rzeczywistą transplantację mózgu. Co z tego, że mózg starej kobiety przeszczepiamy w ciało kota...

      I wreszcie ostatni nurt - Frankenstein Movies. Nie, nie chodzi o filmy o Frankensteinie, tylko o produkcje, w których oryginał zdecydowano się "odświeżyć", doklejając do niego nakręcone później wstawki - i zazwyczaj tworząc ciężkostrawny misz-masz. Ale za to wydłużając jego czas trwania tak, by nadawał się do telewizji (czyli mógł wypełnić - razem z reklamami - dwugodzinne okienko). I tak "They Saved Hitler's Brain" to tak naprawdę "The Madmen of Mandoras", plus pół godziny dodatkowych scen nakręconych 10 lat później. Amatorom takich patchworków (potworków?) polecam jeszcze "Curse of Bigfoot", albo importowane do USA meksykańskie filmy z Aztecką Mumią w roli głównej.

      Fabuła: Dzięki wspomnianej operacji, czyli wstawieniu dodatkowych scen, dostajemy w praktyce dwa filmy w cenie jednego. I to dość wyraźnie rozdzielone, bo łączy je tylko postać profesora Colemana. Inni bohaterowie znikają lub giną w trakcie, pogłębiając i tak silne wrażenie chaosu towarzyszące całej tej produkcji.

      Zaczynamy od sceny kradzieży, w której wąsaty złodziej wynosi z laboratorium tajemniczą "formułę", po to tylko by zginąć kilka minut później w eksplozji własnego samochodu - wyraźnie zaaranżowanej przez innych wąsatych typów. Zarówno wąsy, jak i schemat "ktoś za kimś jedzie samochodem" będą potem pojawiać się nader często.

      Do sprawy zabójstwa przydzielonych zostaje dwójka agentów C.I.D. (biura kryminalnego FBI, albo może amerykańskiej armii?) - Vic i Tom. Przy czym Vic wygląda jak kolejny wąsaty aktor porno z lat 70-tych (ewentualnie jak Włodzimierz Pijanowski), a Tom okazuje się kobietą i to o bardzo nowoczesnych na tamte czasy poglądach.

      022

       Śledztwo rozpoczynają w ogrodowych fotelach, analizując dane przy kubku porannej kawy. Ale szybko orientują się, że trafili na coś poważnego. A my tymczasem oglądamy przebitkę na... słonia na łące. Na tym nieoczywistym przykładzie narrator objaśni nam śmiercionośne działanie Gazu G (co słoń zobrazuje kładąc się na trawie). My zaś po chwili zrozumiemy, że to nie narrator tylko profesor Coleman we własnej osobie - tłumaczący temat wyraźnie zainteresowanym wojskowym. Szczególnie że po zaginięciu "formuły" to profesor jest jedyną osobą, która zna przepis na antidotum dla tego niszczycielskiego gazu.

      Profesor okazuje się podobny do Janusza Korwin-Mikke, a jego asystent do modelowego nazistowskiego blond-oprawcy - i czujemy, że wbrew pozorom nic tu nie jest w porządku. Szczególnie, że po chwili profesor dowiaduje się z anonimowego telefonu o uprowadzeniu córki. Po niedługim czasie również sam zostaje porwany (jeden z wielu meandrów scenariusza, którego nie potrafię przekonująco wytłumaczyć). Uruchamia to serię niedorzecznych sytuacji, w których Tom tropi porywaczy, porywacze tropią Tom, strzelają do niej w budce telefonicznej, Vic tropi profesora, porywaczy i Tom, szef Vica okazuje się zdrajcą, postrzelona Tom zabija szefa i sama umiera, Vic ucieka porywaczom samochodem i zasypia(!) za kierownicą, rozbijając się o słup wysokiego napięcia. A wszystko to w rytm zmieniających się losowo (nawet kilka razy w ciągu jednej sceny) dnia i nocy, oraz wszechobecnych wąsów.

      062

      Jedynym łącznikiem, oprócz Colemana, pomiędzy pierwszą a drugą częścią jest tajemniczy człowiek o latynoskiej urodzie, który próbuje się z profesorem skontaktować. Gdy jest już za późno, pakuje się do samochodu Kathy, drugiej córki Colemana, sugerując że ojciec mógł zostać uprowadzony do małego wyspiarskiego kraiku - Mandory. Zaraz potem ginie zastrzelony przez kolejnych napastników w samochodzie, a Kathy z mężem Philem bezceremonialnie zostawiają jego ciało w budce telefonicznej i ruszają na ratunek ojca.

      I przechodzimy w końcu do oryginalnego "Madmen of Mandoras" - przy którym pracowało kilku rzemieślników od kina lat 50-tych (reżyser David Bradley, autor zdjęć Stanley Kortez) dlatego poziom, choć nieznacznie, ale jednak idzie w górę.

      Mandora to niewielkie państwo - lotnisko, hotel, sklep z pamiątkami i bar. Oprócz tego góry i drogi donikąd. No i kryjówka nazistów, ale tego na razie nie wiemy. Nic dziwnego, że cały kraj błyskawicznie dowiedział się o przylocie Kathy i Phila. Zarówno typy spod ciemnej gwiazdy, jak i miejscowy szef policji a nawet sam "el presidente" Juan.

      093

      Przede wszystkim jednak Camino - kolejny latynoski przystojniak, brat owego tajemniczego rozmówcy z pierwszej części. On - po krótkich nieporozumieniach i rozbijaniu sobie wazonów na głowach - wyjaśnia wreszcie, o co w całej historii chodzi. W jednej z najzabawniejszych sekwencji, mimo że na tle archiwalnych zdjęć II wojny światowej. Ted (brat Camina) był lekarzem Hitlera - i uczestniczył w karkołomnym zabiegu, dzięki czemu to co najważniejsze z przywódcy III Rzeszy zostało uratowane. Odciętą głowę zapakowano do specjalnego słoja i wywieziono w bezpieczne miejsce. A lekarzy zastrzelono - lub też prawie zastrzelono, gdyż Ted zdołał się wyczołgać z bunkra i opowiedzieć tę makabryczną historię swemu bratu. Hitler i jego poplecznicy pozostawali w ukryciu aż do teraz, gdy zamierzają ponownie przejąć władzę nad światem przy pomocy śmiercionośnego Gazu G.

      A profesor Coleman? Oczywiście antidotum na Gaz G mogłoby pokrzyżować plany nazistów, dlatego zapewne trzymają go w odosobnionym miejscu. Czyli gdzie? Na szczęście z pomocą przychodzi przypadek, a właściwie cała seria przypadków, z których zbudowany jest ten niedorzeczny film. Z braku pomysłów Phil i Kathy postanawiają się napić. W barze przy hotelu spotykają... Susan, drugą córkę profesora (tę porwaną w pierwszej części). Ona nie bardzo wie, co tu robi, ale przypomina sobie że porwali ją Niemcy. Poza tym nieźle się bawi. Na scenie pojawia się też Vasquez, płatny morderca - i szybko ginie, zastrzelony przez Camino. Wtedy do akcji wkracza również Alaniz, szef policji który aresztuje Phila i wiezie go w nieznanym kierunku. Czyli do prezydenta Juana, gdzie niewiadomym sposobem znajduje się również Kathy.

      Sytuacja nie wygląda wesoło, bo wszyscy w Mandorze wydają się być po stronie nazistów. Dlatego Kathy, Phil i Camino trafiają do celi, gdzie jest już... profesor Coleman. Siedzi pod rozkręconym na cały regulator głośnikiem, ale nie daje się złamać i przepisu na antidotum nie wyjawia. W ten sposób zguba zostaje znaleziona, teraz trzeba się jeszcze stąd wydostać. I pokrzyżować plany Hitlera. Na szczęście hitlerowscy strażnicy okazują się ostatnimi łajzami, którym wystarczy podstawić nogę. Co prawda wpada jeszcze prezydent z pistoletem i z szefem policji, ale tylko po to by wyjaśnić, że są po dobrej stronie, a Camino to jego syn. Cała dość już liczna grupa rusza do ucieczki, a rozgniewani hitlerowcy przyspieszają uruchomienie planu, poganiani przez gromko pokrzykującego na nich Fuhrera (skrzynka pod słojem to zapewne aparatura nagłaśniająca).

       211

      Z nie do końca jasnych powodów uciekinierzy zamiast na lotnisko trafiają do "rendez vous point", czyli miejsca gdzie rozpocząć ma się zbrodniczy plan. Hitler i świta są już na miejscu, za chwilę wylądują "generałowie" - cała historia dzieje się o północy, ale sceny kręcone są w pełnym świetle dnia. Aktorzy starają się tego nie zauważać, i mówią na przykład "brzmi jak samolot" patrząc na latający nad nimi samolot. Ruszają też do akcji w stylu Commando - jednym granatem załatwiają armię Hitlera (czyli dziesięciu blond-osiłków na ciężarówce). Drugim generałów - czyli dwóch dziadków, którzy wysiedli z samolotu. A trzecim samego Hitlera - pozwalając spłonąć jemu i jego przybocznym zanim diabelski plan wejdzie w życie.

      I tak historia się kończy, można wracać do Ameryki zażegnawszy groźbę powrotu III Rzeszy. Tylko Susan w międzyczasie zdążyła wyjść za Camino, co daje okazję do paru długich pocałunków i jeszcze jednej kolejki w barze.

      A widz może w spokoju pomyśleć o co w tym wszystkim chodziło. Na czym właściwie polegał plan hitlerowców? Żeby wytruć ludzkość Gazem G? Kim by wtedy rządzili? I czy na pewno dwa małe pojemniczki z tym gazem wystarczą by przejąć władzę nad światem? I po co im profesor Coleman? Jeśli nie chcieli, by ktokolwiek poznał przepis na antidotum, dlaczego go po prostu nie zastrzelili? A jeśli właśnie potrzebowali antidotum, dlaczego rozpoczęli akcję nie znając "formuły"? A co najważniejsze, skąd się brała niezachwiana wiara, że Hitler w postaci samej głowy będzie skuteczniejszy niż Hitler w całości i poprowadzi ich do zwycięstwa? Chociaż akurat Hitler jest barwną postacią - grający go Bill Freed stara się dodać postaci charyzmy i robi diaboliczne miny za każdym razem gdy jego podopieczni popełnią jakiś zły uczynek.

       252

      Na nazistowsko-fantastycznych motywach można nakręcić dobry film akcji, czego dowodem choćby "Chłopcy z Brazylii". Ale "They Saved Hitler's Brain" to nie ten przypadek, mimo że za sam tytuł należy mu się miejsce w kanonie światowego filmu. Jeżeli jednak ktoś polubił temat, i chciałby zobaczyć więcej nazistowskich głów oczekujących na powrót III Rzeszy, polecam "The Frozen Dead"... Nie jestem tylko pewien, czy wystepuje tam osobiście Hitler.

      Czego się nauczyłem:

      - do pokrzykiwania na podwładnych nie są potrzebne płuca

      - jeżeli planujesz zaskoczyć śledzącą cię osobę brawurową akcją, upewnij się że pistolecie zostały ci jakieś naboje

      - jeżeli ścigający nas samochód jest tuż za nami, nie zatrzymujemy się przy budce telefonicznej żeby zadzwonić. Nie uciekamy też o wschodzie słońca, przed wypiciem porannej kawy

      W następnym odcinku:

      Czas na coś ambitniejszego - "Le Viol du Vampire".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 listopada 2015 19:31
  • sobota, 18 lipca 2015
    • 80 – The Creeping Terror (1964)

      Z pudełka: Na amerykańskiej prowincji ląduje tajemniczy obiekt. Okoliczni mieszkańcy podejrzewają awarię samolotu, ale szybko orientują się, że to przybysze nie z tego świata. I że nie mają przyjaznych zamiarów. Nawet armia USA nie uchroni miejscowych od krwawej łaźni. Kim lub czym są tajemnicze, siejące spustoszenie stwory? Dlaczego to robią i - co najważniejsze - jak je powstrzymać?

      Nie na temat: Ostatnio opisywałem głównie filmy nowe (czyli nie starsze niż ja) i trochę zapomniałem, że prawdziwym matecznikiem tych najgorszych były jednak lata 60-te. Czasy, kiedy obcy - najlepiej podlani radioaktywnym sosem - czaili się za każdym rogiem, a efektów specjalnych nikt nie traktował poważnie. Na szczęście "Creeping Terror" z nawiązką zrekompensował mi to chwilowe odejście od kanonu.

      Ten film to prawdziwa historia znikania. Najpierw zniknął potwór. Tak, słynne "dywanowe monstrum" - wizytówka filmu - jest tylko produktem zastępczym. Oryginalny model został... skradziony z planu zdjęciowego. Musiał być naprawdę straszny. Na szczęście dzięki temu ekipa musiała coś na szybko ulepić z materiałów, które miała pod ręką - i tak przeszła do historii.

      Potem zniknęła ścieżka dźwiękowa. Przynajmniej tak głosi legenda, chociaż złośliwi twierdzą że nigdy nie została nagrana. Producent miałby dzięki temu zaoszczędzić parę dolarów, a my możemy długimi minutami wysłuchiwać narratora, streszczającego dialogi bohaterów, oraz rozmaite prawdy o życiu. I to właśnie w czasie gdy bohaterowie ze sobą - niczym w niemym filmie - rozmawiają. Ja jednak wolę wierzyć, że ścieżka dźwiękowa utonęła w jeziorze.

      A na koniec - na szczęście już po nakręceniu całości - zniknął reżyser. A właściwie reżyser i odtwórca głównej roli, jak to często w przypadku takich nieudanych produkcji bywa. Vic Savage zastosował ciekawy chwyt marketingowy, rolę aktorską podpisując prawdziwym imieniem, za to reżyserię firmując pseudonimem (A.J. Nelson). Być może uznał, że im więcej osób na plakacie, tym lepiej. Tylko że ten film nie miał żadnych plakatów, nie wiadomo nawet czy został kiedykolwiek wyświetlony w kinie. A Vic Savage zniknął by uniknąć oszustw podatkowych, o ile znowu chcemy wierzyć plotkom. I nie wzbogacił już światowej kinematografii żadnym innym dziełem.

      I jeszcze ciekawostka - autorem psychodelicznych napisów początkowych jest Richard Eglund, który potem tworzył efekty specjalne m.in. w "Gwiezdnych wojnach", "Poszukiwaczach zaginionej arki" i "Ghostbusters". Najwyraźniej każdy musi mieć pierwszą pracę w jakimś McDonaldzie.

      Fabuła: Film zaczyna się jak "Zagubiona autostrada" - samochód pędzący przez noc. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Za to bardzo szybko przechodzimy do sedna - Martin i Brett wracają z miodowego miesiąca, który "bez ostrzeżenia zamieni się w koszmar". Uczynnie wyjaśni nam to narrator, do znudzenia potem tłumacząc co czują i co mówią poszczególni bohaterowie.

      Szeryf nie daje im nawet dojechać do domu, wprost z drogi zgarnia ich by pomogli w zlokalizowaniu "rozbitego samolotu". Ale my już wiemy, że to nie żaden samolot, tylko przybysze z dalekiego kosmosu (w roli statku obcych: startująca amerykańska rakieta). A co gorsza, wiemy co z niego wysiadło. I temu czemuś trzeba poświęcić więcej miejsca, bo "Creeping Terror" właśnie potworem stoi.

      Z daleka przypomina pannę młodą - w sukni ślubnej z olbrzymim welonem i trenem ciągnącym się na wiele metrów. Tyle że wrzuconą w błoto i ozdobioną paroma gałęziami. Ewentualnie prawosławnego patriarchę w najbardziej oficjalnym stroju, potraktowanego w ten sam sposób (nie zgadzam się, że przypomina również papieża, inny jest kształt czapki). Później w zbliżeniach dostrzegamy więcej - podstawą konstrukcji są kapy na łóżko, koce, ewentualnie plandeki na samochód. Chaotycznie pozszywane i udekorowane kawałkami materiału, pakułami, watą, rurkami z ogrodowego węża, jakimiś kulkami i kto wie czym jeszcze. Wyobraźnia podpowiada wiele skojarzeń - chiński smok, gąsienica, foka szukająca drogi do oceanu. Słowem: majstersztyk. Potwory z "Robot Monster" i "It Came from Hell" nie dorastają mu do pięt.

      Ale oprócz wyglądu ma jeszcze jedną cechę: prędkość - to najwolniej poruszająca się istota jaką widziałem na ekranie. Ślimaki ze "Slugs" są przy nim sprinterami. Obejście całego terenu, jaki przemierzył w filmie powinno zająć ze 20 lat. A uciec przed nim można nawet czołgając się, co udowadnia jeden z bohaterów w finałowych scenach. W dodatku potwór... nie ma rąk, dlatego swoje ofiary musi chwytać bezpośrednio otworem gębowym (pożera ludzi w całości, niczym pyton). A mimo to udaje mu się dopaść wiele ofiar, które z niejasnych powodów nie uciekają, tylko stoją (siedzą, albo leżą) i czekają na swój los. A niektóre wręcz włażą do paszczy (aktorzy prawdopodobnie usiłowali nadać scenom konsumpcji trochę dynamiki).

      Właściwie to są dwa potwory - jeden grasuje po okolicy, a drugi siedzi we wraku statku, przyklejony taśmą(??) do ściany. Mimo to udaje mu się jakoś pożreć szeryfa i parę innych osób, które do tego wraku wlazły. O dziwo kolejni goście mogą się już czuć całkowicie bezpieczni, potwór nie jest ich w stanie dosięgnąć (przecież jest przyklejony taśmą).

      Kto dopowiedział już sobie resztę fabuły, pewnie ma rację. Na pomoc przybywa armia, a konkretnie oddział specjalny pod wodzą pułkownika Caldwella oraz dr Bradford, spec od dogadywania się z pozaziemskimi cywilizacjami. Po śmierci szeryfa Martin zostaje jego następcą, więc ekipę mamy już w komplecie. Od lewej: Martin, jego żona Brett, doktor Baldwin i pułkownik Caldwell.

      Teoria, że rakietę wystrzelili Rosjanie zostaje szybko obalona (chociaż to wyjaśniałoby patriarchę). Dr Baldwin zabiera się do dogadywania z osobnikiem przyklejonym we wraku, a jego brat bliźniak sieje spustoszenie w okolicy, kompletując nieodzowną listę niewinnych ofiar:

      - para obściskująca się na kocu

      - troskliwa żona i matka, która wysłała męża do pracy, zmierzyła dziecku temperaturę i została zjedzona gdy wieszała pranie, zostawiając po sobie kosz śnieżnobiałych prześcieradeł

      - wnuczek, który poszedł z dziadkiem na ryby, ale wolał snuć się sam po lesie. A za chwilę dziadek, który poszedł go szukać

      - grupa hipisów z gitarą - oczywiście hipisów z lat 60-tych, w sukienkach, białych koszulach i z nienagannymi fryzurami. Co ciekawe, lider grupy próbuje bohatersko przegonić monstrum atakując je gitarą, niestety obca forma życia okazuje się niewrażliwa na ciosy. Wrażliwość potwora na zestaw przebojów Elvisa Presleya nie zostaje niestety sprawdzona.

      W końcu potwór rusza na najbardziej zatłoczone miejsce - miejscową tancbudę! Po zdecydowanie zbyt długich ujęciach twistującej młodzieży następuje atak. Niektórzy imprezowicze reagują prawidłowo - ratują życie idąc w przeciwnym kierunku. Na szczęście dla fabuły nie wszyscy wpadają na ten pomysł, za to nie wiadomo dlaczego zaczynają się ze sobą bić. A potwór łyka ich jednego po drugim. My zaś możemy wreszcie przyjrzeć mu się w szczegółach.

      Potem jeszcze wpada na leśny parking, i udowadnia że potrafi wyciągnąć ludzi z zamkniętego samochodu niczym sardynki z puszki. Tego jest już za wiele, więc oddział pułkownika Campbella przybywa rozprawić się z bestią.

      W międzyczasie jednak Dr Baldwin podjął szereg nieudanych prób kontaktu z obcą cywilizacją. Co skłoniło go do refleksji, iż być może nie ma do czynienia z inteligentnymi istotami, tylko faktycznie z potworami? Ale jak w takim razie przyleciały na Ziemię? I po co? Nalega więc na Campbella, by grasującego osobnika schwytać żywcem (pytanie, dlaczego nie odklei sobie tego drugiego od ściany, pozostaje bez odpowiedzi). Campbell ma jednak inne plany i jego oddział rusza do boju. Od razu widzimy, że to fachowcy od zadań specjalnych, którzy preferują "close combat" i uważają, że utrzymywanie dystansu do przeciwnika jest dobre dla cywili.

      Strzały nie robią na potworze żadnego wrażenia (oprócz osypywania się kurzu) i w końcu udaje mu się dopełznąć do doborowej jednostki, i pożreć także i ją. Pułkownik Campbell nie ma wyjścia - sięga po granat. Ten, w przeciwieństwie do całej wystrzelonej amunicji, okazuje się bardzo skuteczny i roznosi obcą formę życia w drobny mak. Być może był to święty granat ręczny znany zupełnie skądinąd.

      Niepocieszony Dr Bradford wraca do statku i z jakiegoś powodu wywołuje eksplozję - nie dość że sam zostaje ranny, to jeszcze uwalnia drugiego potwora. Ucieka mu co prawda trochę na czworaka, a trochę czołgając się, ale pewnie nie uszedłby z życiem, gdyby nie brawurowa akcja Martina, który taranuje monstrum swoim samochodem.

      Niestety, Doktor nie ma dobrych wieści - wreszcie zrozumiał, czym są istoty przybyłe do nas z kosmicznej otchłani (a scenarzysta zawstydziłby chyba samego Stanisława Lema). To ruchome laboratoria, które pożerały ludzi by przebadać ich chemicznie, i wysłać swoim mocodawcom informację o słabościach rasy ludzkiej. Skoro obydwa laboratoria są martwe (zepsute?), komputer pokładowy rozpoczął transmisję danych i da sygnał do inwazji, chyba że Martinowi uda się go zniszczyć. Martinowi się niestety nie udaje, bo okładanie superwytrzymałej technologii obcych kolbą pistoletu, a nawet wyrwaną z pokładowej aparatury rurką nie przynosi efektów. Informacja zostaje wysłana, a ludzkość może szykować się na zagładę. Na szczęście w swoich ostatnich słowach Dr Bradford przemyca promyk nadziei - wszechświat jest wielki, dane będą leciały bardzo długo, a w ogóle to nie wiadomo czy po drugiej stronie jest jeszcze ktoś, kto mógłby je odebrać. I tego się trzymajmy.

      To jest bardzo zły film, słusznie pojawia się w rozmaitych zestawieniach typu "100 Worst Movies Ever Made". Nie tylko ze względu na tytułowy pełzający terror i nonsensy fabuły, ale całość realizacji. Fatalne jest oświetlenie i kadrowanie, nie byłem w stanie w całym filmie znaleźć jednego dobrego ujęcia potwora. Albo nieostre, albo w cieniu, albo za gałęziami, albo w takiej perspektywie że nic nie widać... Chyba że to celowy zabieg autorów, by obca istota pozostała do końca tajemnicą... No i ten irytujący narrator, który gada, i gada, i gada. Za to jeśli już pojawiają się nieliczne dialogi, to nie są zsynchronizowane z obrazem i postaci wypowiadają swoje kwestie nie ruszając ustami. Dramat i nuda, polecam tylko najwytrwalszym.

      Czego się nauczyłem:

      - niezwiązana z fabułą przebitka wyjaśnia nam role kobiety i mężczyzny w małżeństwie - kobieta myje gary, a mężczyzna robi jej niespodzianki

      - umiejętności taneczne młodzieży również w latach 50-tych były różne, a sztuka tańczenia do rytmu wcale nie taka częsta

      - wnętrza statków kosmicznych wyglądają jak rozdzielnia w gazowni, pełne są guzików, dźwigni i pokręteł (mimo że ich obsługa nie ma rąk), opatrzonych w dodatku napisami po angielsku

      W następnym odcinku:

      Ten tytuł chodził za mną od dawna, w końcu jego kolej - "They Saved Hitler's Brain"!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „80 – The Creeping Terror (1964)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      sobota, 18 lipca 2015 00:18
  • poniedziałek, 22 czerwca 2015
    • 79 – Deadly Eyes (1982)

      Z pudełka: Nad Detroit, oprócz biedy, bezrobocia i samochodowych spalin, nadciąga nowa plaga - szczury. Wyrośnięte na genetycznie modyfikowanej kukurydzy, zagustowały w innym przysmaku - ludzkim mięsie. Władze miasta nie dają wiary ostrzeżeniom, zatrzymać inwazję może tylko determinacja kilku mieszkańców. Jednak zgromadzony przez nich arsenał jest wysoce niewystarczający wobec nadciągającej szczurzej hordy...

      Nie na temat: Robert Clouse - słyszeliście o takim reżyserze? Nie? A jeden z jego filmów na pewno widzieliście. Albo przynajmniej znacie kogoś, kto widział i chętnie wam wyrecytuje dialogi. "Wejście smoka" - słyszeliście? No właśnie. Kolejna postać, która - podobnie jak Mark Hamill - jednym przebojem wyskoczyła poza swoją ligę, by potem szybko do niej wrócić.

      Chociaż trzeba oddać panu Clouse sprawiedliwość - kinu klasy B przysłużył się kilkoma zacnymi produkcjami. Na przykład afroamerykański klasyk kung-fu "Black Belt Jones" z Jimem Kellym (to ten wielki Murzyn, z którym bije się Bruce Lee w "Wejściu smoka"). Albo "Ultimate Warrior" z Maxem von Sydow w roli szefa post-atomowego gangu. "China O'Brien" z Cynthią Rothrock. "Ironheart" z Bolo Yeungiem. I tak dalej... A pomiędzy tym wszystkim właśnie "Deadly Eyes", gdzie sław kina klasy B zabrakło, ale pojawiły się jamniki przebrane za szczury.

      Za to inna osoba - Scatman Crothers - jakby przypadkiem spadła na chwilę z klasy A by pojawić się w naszym filmie. Znany przede wszystkim z "Lotu nad kukułczym gniazdem", do "Deadly Eyes" dołączył wkrótce po roli w "Lśnieniu". Jak opowiadają producenci, z początku dopytywał się o swoją garderobę, prysznice i inne udogodnienia, ale szybko zrozumiał że w filmach o szczurach to tak nie działa. Szczególnie że rolę miał niewdzięczną - stoczyć nierówną walkę z gryzoniami i dać się zabić... Ale aktorzy też ludzie, rachunki opłacić muszą.

      Aha, i jest jeszcze Lisa Langlois - przykład na to, że czasem całe życie zależy od jednej decyzji. Wieść niesie, że to ona miała zagrać u boku Schwarzeneggera w pierwszym "Terminatorze", i James Cameron robił wszystko, żeby to ją, a nie Lindę Hamilton obsadzić w roli Sary Connor. Niestety Lisa nie znalazła czasu w swoim napiętym grafiku...

      Fabuła: "W podziemiach miasta czai się horror z piekła rodem" - slogan reklamowy dobrze streszcza to, co przyjdzie nam zobaczyć. Co prawda szczury nie przybyły do nas z piekła, ani z innych zaświatów, tylko upasły się na kontenerach trefnej nafaszerowanej sterydami kukurydzy. To samo przytrafia się i ludziom, aczkolwiek u szczurów kukurydza nie idzie tylko w mięśnie, ale wyraźnie wzmaga apetyt (szczególnie na mięso).

      Może zacznijmy tradycyjnie - od przedstawienia głównych bohaterów. Szczury z grubsza wszystkie wyglądają podobnie - na szczęście scenarzyści oszczędzili nam siwego "superszczura" z jednym okiem, albo "szczurzej królowej" wielkiej jak słoń. Po prostu szczury - no może trochę zielonkawe, i oczywiście wielkości psa.

      01a

       Po drugiej stronie - a właściwie na powierzchni - mamy całą grupę ludzi, których połączy wspólny problem: szczury. Po pierwsze "bananowa młodzież" Detroit, która z gryzoniami nie ma nic wspólnego, bo spędza czas na imprezowaniu, seksie i kupowaniu hamburgerów. Ale zostanie mimowolnie wciągnięta w temat (czyli w większości zjedzona).

      Imprezowa piękność, Trudy (w tej roli właśnie Lisa Langlois) zagina parol na uczelnianego trenera koszykówki, Paula Harrisa - starszego już mężczyznę (czyli 40 lat, przerażające...). Z biegiem czasu staje się coraz bardziej natarczywa, włazi mu do łóżka, prezentuje się skąpo ubrana i w ogóle komplikuje mu życie. Wszystko na nic, bo Paul woli dojrzalsze kobiety, a w dodatku z perspektywy szczurzej inwazji nie ma to żadnego znaczenia.

      Paul też do gryzoni nic nie ma, ale poprzez kolejne zbiegi okoliczności uzyska powód, by wytępić je do ostatniego. Na szczęście jego dojrzalszą wybranką zostanie pani Kelly, inspektorka sanitarna z miejskiego Departamentu Zdrowia. Można powiedzieć, że z biegiem czasu połączy ich wspólna pasja...

      Poniżej na kadrach imprezowa młodzież w trudnym wieku (Trudy to ta w różowym) oraz Paul z Kelly, jeszcze zanim ruszą walczyć z czworonożnym złem. Co ciekawe, pani Kelly jeździ po mieście... Ładą (w Detroit!!!).

      221

       092

       Jak to bywa w takich filmach, zanim dojdzie do finałowej rozgrywki, kilku przypadkowych przechodniów musi zginąć. I tak, ofiarą czworonogów padają kolejno:

      - rudy kot (z powodów osobistych odczuwam tu nawet do szczurów pewną sympatię)

      - młoda dziewczyna z dzieckiem (których zniknięcia nikt nie zauważa przez cały film, mimo że kumple wyszli tylko na chwilę kupić hamburgera)

      - starszy pan po randce w parku (na dodatek uprzejmie wpada do piwnicy, żeby zatrzeć ślady)

      - inspektor Departamentu Zdrowia, wysłany by sprawdzić, czy plotki o wielkich gryzoniach to aby prawda, chociaż on już wie że to prawda - w tej roli Scatman Crothers

      061

      I dalej:

      - młody pracownik kręgielni (kiedy grzebie przy zablokowanym torze)

      - cała sala widzów, którzy poszli - jakże by inaczej - na "Bruce Lee Retrospective" i oglądają walkę Bruce'a z Jimem Kellym. Niestety na szczury żadne kung-fu nie pomoże

      - archiwista w podziemiach Departamentu Zdrowia (raz i drugi się wymknął, ale do trzech razy sztuka)

      Oprócz tego jest mnóstwo osób, którym szczury wgryzają się w rękę albo w kostkę, niczym rasowe ratlerki. Albo jamniki. W międzyczasie - również zgodnie z konwencją - miasto zarządza deratyzację, po której jest dużo dymu, smrodu i zanieczyszczeń, ale która nie przynosi efektów, bo w międzyczasie szczury przegryzły już sobie drogę do swojego ostatniego celu...

      112

      ... którym jest nowa linia metra, a w niej sam burmistrz Detroit ze swoją świtą. W planach jest triumfalny przejazd nowym pociągiem na świeżo wybudowaną stację, a tam impreza, zdjęcia, wywiady i duży krok ku następnym wyborom. Nic dziwnego, że inwazja szczurów nie mieści się w harmonogramie. Wskutek skomplikowanego splotu wydarzeń, którego nie warto tu streszczać, w pociągu jest również Kelly z synem Paula z pierwszego małżeństwa. Paul ma więc dobry powód, by ruszyć pociągowi na ratunek, przebijając się przez hordy szczurów niczym Asterix z Obelixem. Wspomaga się przy tym łopatą i ostrym kijem, a w późniejszej fazie także palnikiem.

      I oczywiście ratuje, przy okazji odnajdując szczurze gniazdo, koło którego przypadkiem stoją wielkie beczki z benzyną... Trudy ma mniej szczęścia - szczurom co prawda ucieka, ale... łamie sobie kark spadając ze schodów. Podobnie burmistrz, który dojeżdża razem ze świtą na końcową stację w formie wielkiej góry pogryzionych trupów.

      I to by było na tyle. "Deadly Eyes" to nie jest zły film - przyzwoita produkcja i reżyseria, aktorzy dają radę, podobnie jak muzyka w tle. Nawet kostiumy, w które poprzebierano biedne jamniki nie rażą, chociaż - o czym mówili też twórcy filmu - widać czasem, jak trzęsą głową by ściągnąć maskę, albo próbują się po niej podrapać. Ale w kolejnych ujęciach głównie raźno biegają po kanałach, albo wgryzają się w swoje ofiary. A w zbliżeniach wykorzystano oczywiście kukiełki (pacynki?).

      Problemem jest chyba to, że los bohaterów niewiele widza obchodzi - w zasadzie wszyscy mogliby zostać zjedzeni. Niestety motywacje  nie są mocną stroną filmu, długo nie mogłem ogarnąć fabuły (czyli dlaczego bohaterowie robią to, co robią i do czego to zmierza). Podobnie logika - wspomnianą już młodą matkę szczury dopadają na samym początku, i to w jej własnym domu. I do końca filmu nikt tego nie zauważy... Również amatorzy krwawej masakry nie znajdą tu wiele dla siebie - najbardziej drastyczne sceny to te, gdzie jamniki w strojach szczurów grzecznie żują podłożone im sztuczne ręce i nogi, polane czymś - niewątpliwie smacznym - koloru czerwonego. Poza tym "jamniki przebrane za szczury" - to się po prostu nie mogło udać. Podobnie jak w filmie "Night of the Lepus" - królik powiększony do rozmiaru krowy wciąż pozostaje królikiem...

      182 

      Czego się nauczyłem:

      - jak mówi jedna z koleżanek do Trudy: "masz swój samochód, jesteś cheerleaderką, czego jeszcze chcesz od życia?". Czyli marzenia po amerykańsku. Nic dziwnego, że Paul Harris zaimponował Trudy, bo "nawet był w Europie".

      - amerykańskie dania 'instant' odgrzewa się w piecyku w 400 stopniach. Na szczęście chodzi o stopnie Fahrenheita. Ale za to amerykańskie piecyki nagrzewają się do tych 400 stopni w ciągu sekundy

      - na każdego człowieka na ziemi przypadają 24 szczury...

      W następnym odcinku:

      Jeżeli potwór opisywany jest jako "skrzyżowanie chińskiego smoka i papieża" to zapowiada się nieźle - "The Creeping Terror".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 czerwca 2015 23:13
  • niedziela, 03 maja 2015
    • 78 – De Lift (1983)

      281

      Z pudełka: Seria makabrycznych wydarzeń wstrząsa nowo oddanym biurowcem. Pozornie ludzie giną przypadkowo, wskutek nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Dlaczego jednak w każdym przypadku ma to coś wspólnego z windą? Czy Felix, serwisant firmy Deta Liften wpadnie na trop czegoś niepokojącego? I jaką rolę w tym wszystkim pełni korporacja Rising Sun, budująca nowoczesne mikroprocesory?

      Nie na temat: Rzadko, ale zdarza się że wybierając kolejny najgorszy film popełniam błąd - i trafiam na coś dobrego, zwiedziony pozbawionym sensu opisem. Czego bowiem można się spodziewać po "morderczej windzie"? I to pojawiającej się w holenderskim filmie z lat 80-tych? Raczej niczego dobrego. A jednak - podobnie było z "Christine", gdzie scenariusz o samochodzie pożerającym swego właściciela też nie brzmi najlepiej. A jeśli ktoś nie oglądał tego w dzieciństwie trzymając się krawędzi fotela, to gratuluję mocnych nerwów.

      Co nie znaczy, że jest to reguła - filmy z kategorii "mordercze przedmioty" faktycznie mają nienajlepszą, a w pełni zasłużoną opinię. Widzieliśmy już agresywne korzenie drzew ("Contamination .7") i o łóżko-ludojada ("Death Bed"). Intrygująco brzmi też "The Refridgerator" - o lodówce będącej bramą do piekła, "Witchtrap" gdzie bohaterom przyjdzie zmagać się z nawiedzoną baterią prysznicową, czy "The Stuff", w którym jogurt z zaświatów pożera umysły swoich konsumentów. Wszystkie te filmy dopisuję do bardzo długiej kolejki rzeczy do obejrzenia - licząc na to, że może znów się zawiodę...

      Fabuła: Wracamy jednak do "De Lift", czyli "The Elevator". Zacznijmy od przedstawienia głównej bohaterki:

      011

      Od razu wyjaśniam, że w spisku uczestniczą wszystkie trzy windy, ale to ta środkowa jest najbardziej wredna, i wydaje się być mózgiem całej operacji. Operacji polegającej na eliminowaniu przedstawicieli rodzaju ludzkiego, którzy w pobliże tych wind się zaplączą. W jakim celu? To wyjaśni się niebawem. Na razie poznajmy reprezentujących ludzkość protagonistów - Felixa, serwisanta firmy Deta Liften wezwanego po pierwszym incydencie, oraz Mieke, reporterkę wietrzącą w całej historii ciekawy temat na artykuł (i udowadniającą, że film faktycznie nakręcono w latach 80-tych).

      111

      Wracamy do fabuły. Pierwszy wypadek to tylko przystawka - grupka mocno podpitych klientów opuszcza restaurację i nieroztropnie pakuje się do windy w czasie burzy. Uderzenie pioruna blokuje ją między piętrami (a przynajmniej tak się wtedy wydaje), co początkowo zachęca pasażerów do jeszcze lepszej zabawy - stąd też skąpe ubiory na kadrze poniżej. Ale szybko przestaje im być do śmiechu, gdy wyłącza się klimatyzacja...

      021

      Tych jeszcze udaje się odratować. Mniej szczęścia ma niewidomy klient, który zjawił się u pośrednika nieruchomości kupować apartament z widokiem (ciekawa koncepcja, podobno dla matki). Winda szybko orientuje się, że to łatwy łup, i po prostu otwiera drzwi...

      071

      Później szykuje zasadzkę na ochroniarzy, którzy - podejrzewając włamanie do budynku - zaczynają za nią ganiać po piętrach. Winda chwyta drzwiami jednego z nich...

      08

      ...i opuszcza kabinę, co może się skończyć tylko w jeden sposób - dekapitacją.

      Felix wzywany jest po każdym z tych incydentów, i za każdym razem wszystko wydaje się w porządku - tyle że coraz bardziej podejrzliwie spogląda na panel sterujący firmy Rising Sun, szczelnie zamknięty w zaplombowanej skrzynce. Nietrudno się domyślić, że jego wątpliwości nie padają na podatny grunt - rodzina traktuje je z przymrużeniem oka (do czasu). W pracy szefowie też nie są zachwyceni: podejrzenia rzucane na najnowszy typ windy mogą popsuć dopinane właśnie kolejne kontrakty. Ale coś w całej sytuacji nie daje Felixowi spokoju - jedzie więc odwiedzić poprzedniego serwisanta, który zajmując się tym modelem przeżył załamanie psychiczne.

      161

      Niewiele tam wskóra, bo jego poprzednik okazuje się zupełnie nierozmowny - tyle tylko, że rzuca się z pięściami na każdy sprzęt RTV/AGD w zasięgu wzroku, i panicznie boi się organicznych, kleistych substancji...

      Ostatni punkt zaczepienia to firma Rising Sun - gdzie odprawieni zostają grzecznie lecz stanowczo z kwitkiem przez szefa działu rozwoju. Pośrednio przyznaje on tylko, że w windach nowego typu montują eksperymentalne układy sprowadzane prosto z Japonii. Trzeba więc szybko pogłębić wiedzę o mikroelektronice - w czym pomaga zaprzyjaźniony profesor, wezwany na nocną sesję.

      Szczęśliwym trafem zna on najnowsze eksperymenty japońskich speców od biotechnologii. Stworzyli oni chipy o rozmiarach molekuł, które zaczęły w niekontrolowany sposób mutować i się namnażać... Dalej nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, wystarczy dodać dwa do dwóch, albo oglądać Terminatora i wiedzieć co to Skynet. Felix musi jednak zawiesić swoją walkę z infrastrukturą, bo jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach. Żona, podpuszczona przez sąsiadkę, podejrzewa że z Mieke łączy go coś więcej niż wspólne śledztwo. A w pracy odsuwają go od tematu windy i wysyłają na zwolnienie lekarskie (widać, że to holenderski film - w Polsce wyleciałby po prostu na bruk).

      Winda tymczasem poluje dalej. Najpierw na małą dziewczynkę, która bawi się na korytarzu podczas gdy jej mamusia figluje ze swoim partnerem biznesowym.

      141

      Dziewczynce udaje się wywinąć - tylko jej lalka zostaje zmiażdżona drzwiami. Mniej szczęścia ma wesołek z ekipy sprzątającej, wciągnięty przez windę kablami do szybu i wypluty kilka godzin później. Co daje policji wygodne wyjaśnienie - to pewnie on majstrował przy urządzeniach, aż w końcu sam padł ich ofiarą.

      22

      Nawiasem mówiąc Holendrzy to wyluzowany naród - po każdym kolejnym wypadku winda już następnego dnia jest gotowa do pracy, a ludzie korzystają z niej bez najmniejszych zastrzeżeń. Wśród podejrzliwych Polaków to by nie przeszło. Ale w tej sytuacji Felix nie ma wyjścia - musi zakraść się do biurowca i stanąć do pojedynku oko w oko z morderczym sprzętem.

      231

      Końcowa sekwencja filmu jest jednocześnie najlepsza, mimo że przez 15 minut nie pada ani jedno słowo. Tajemnicza skrzynka sterująca Rising Sun okazuje się... pusta, Felix musi więc wejść do szybu windowego i sprawdzić, co właściwie zalęgło się w środku. Windy nie zamierzają mu w tym pomagać... Mimo ograniczonego zakresu ruchów robią co mogą - a miażdżące wszystko drzwi, plus szaleńcza jazda kabiny i przeciwwagi potrafi bardzo utrudnić pracę. Felix powoli jednak pnie się w górę, i w końcu dociera do prawdziwego serca systemu.

      271

      Kilka ciosów śrubokrętem i kluczem francuskim robi swoje, ale ledwie żywy Felix musi ewakuować się przed zdesperowanym mechanizmem gotowym poświęcić całą instalację. I nie udałoby mu się, gdyby nie Mieke, która swoim reporterskim nosem zwietrzyła co się święci, zjawiła się w budynku i w ostatniej chwili podała pomocną dłoń.

      A dogorywający mechanizm staje jeszcze twarzą w twarz (?) ze swoim twórcą - szefem R&D w Rising Sun. W pojedynku "pistolet kontra kabel" pada remis, i tak wynalazca i jego dzieło kończą swój żywot. A Felix i Mieke mogą wreszcie opuścić budynek - oczywiście po schodach...

      32

      Całą historię łatwo opowiedzieć kpiącym tonem, ale w rzeczywistości dostajemy solidny, minimalistyczny horror, który - mimo absurdalnego tematu - trzyma w napięciu od początku do końca. Duża tu zasługa muzyki (taki ponury Kraftwerk) i dobrych zdjęć. Do pełni szczęścia brakuje tylko Rutgera Hauera w roli Felixa, ale Huub Stapel też daje radę. Tylko angielski dubbing drażni, pewnie lepiej byłoby obejrzeć całość w holenderskim oryginale. Do czego wyjątkowo tym razem zachęcam.

      Czego się nauczyłem:

      - co roku 250 tysięcy osób zacina się w windach. W samej Holandii.

      - dlaczego niektórzy zostają policjantami? Bo mają klaustrofobię, i wolą wsadzać innych do cel, zamiast samemu w nich siedzieć

      - jak poderwać serwisanta od wind:

        - ta winda robi rzeczy, których nie powinna

        - ja też robię rzeczy, których nie powinnam...

      W następnym odcinku:

      Jeżeli w filmie pojawiają się jamniki przebrane za szczury, to znaczy że nie będzie dobrze - film "Deadly Eyes".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „78 – De Lift (1983)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 maja 2015 19:25
  • niedziela, 29 marca 2015
    • 77 – Blood Freak (1972)

      Z pudełka: Herschell, weteran z Wietnamu, próbuje się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Zbiegiem okoliczności trafia do hipisowskiej komuny, dzielącej czas między seks i narkotyki. Ani to, ani praca na pobliskiej fermie indyków nie przybliżą go do wyjścia na prostą. Przeciwnie, w połączeniu z mroczną tajemnicą z przeszłości stworzą mieszankę, która zmieni Herschella w krwiożercze monstrum...

      Nie na temat: Uff, odzwyczaiłem się. "The Clones of Bruce Lee" jeszcze dawało radę, bo można było pooglądać kung fu. Ale teraz trafiłem na trudnego przeciwnika - legendarny "Blood Freak", film z 1972 roku wydany dopiero niedawno na DVD przez Something Weird Video. Produkcja z gatunku "zwołajmy grupę znajomych, wypożyczmy kamerę i udowodnijmy że da się zrobić film za 500 dolarów". Co charakterystyczne, baza IMDB zazwyczaj nie wymienia żadnych innych dokonań aktorów i ekipy (ewentualnie kilka podobnych dzieł nakręconych przez tych samych ludzi). Zebrali się, nakręcili, uświadomili sobie co wyszło (lub też uświadomiła im to publiczność) - i zajęli się czymś innym. Ale dlaczego w ogóle próbowali?

      "Blood Freak" ma aż dwóch reżyserów - Brada Grintera i Steve'a Hawkesa. Jeden wcielił się w narratora, drugi w głównego bohatera - a reszta obsady, jak podaje IMDB, to studenci Grintera. Studenci aktorstwa, żeby było jasne - w co trudno uwierzyć siedząc przed ekranem. Bo film klimatem przypomina szkolną akademię - gdzie zestresowane dzieci stoją sztywno starając się nie patrzeć nikomu w oczy, i dukają wcześniej wyuczone kwestie, od czasu do czasu rzucając rozpaczliwe spojrzenie na nauczycielkę.

      Można wręcz pomyśleć że to buddyjscy mnisi próbują zahipnotyzować widza monotonną recytacją. Albo więc Grinter zaprosił studentów tuż po egzaminach wstępnych, albo co bardziej rozgarnięci uczniowie odmówili zawczasu widząc co się święci. Zresztą sam Grinter wyznacza tutaj standard jakości, jako narrator co chwila przerywa swoje monologi i bezczelnie zerka na kartkę leżącą na stole. Cała reszta - scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty - się do tego standardu dostosuje.

      Fabuła: Zaczynamy właśnie od narratora - facet z wąsami i papierosem opowiada coś o przeznaczeniu i katalizatorach zmian. Co ciekawe "katalizator" to termin korporacyjny - jeśli w firmie planowane są redukcje to nagle zaczyna się dużo mówić o zarządzaniu zmianą, a ludzie którzy mają tłumaczyć zwalnianym pracownikom że to dla ich dobra, to właśnie "katalizatorzy". Ale nie podejrzewam panów Brada i Steve'a (którzy oprócz reżyserii i głównych ról napisali też scenariusz) o taką wiedzę, chyba że wyczytali to w poradniku "jak odnieść sukces" kupionym na przecenie za 5 dolarów.

      Potem, jak to w amerykańskim filmie (szczególnie przeznaczonym do kin samochodowych) przenosimy się na autostradę. Tam pannie w kusym wdzianku psuje się jej Cadillac, a przejeżdżający motocyklista reaguje natychmiast we właściwy sposób. Awaria nie może być poważna, bo wkrótce ruszają już razem - Angel (bo takie imię ma niefortunna zmotoryzowana) i Herschell, weteran z Wietnamu podobny trochę do Wolverine a trochę do Zbigniewa Wodeckiego. Imię Angel zobowiązuje, więc panna okazuje się nie tylko cnotliwa, ale wręcz świątobliwa (jest kaznodzieją, cytuje Biblię z pamięci i dla każdego ma jakieś dobre słowo).

      Nie można tego powiedzieć o jej siostrze Ann, do której trafiają - tam trwa nieustająca impreza, gdzie kokaina i marihuana leją (a raczej sypią) się strumieniami. Nie tylko impreza, ale i orgia, bo z miejsca dwie uczestniczki (w tym właśnie Ann) zaczynają się - bezskutecznie - do Herschella przystawiać. Z tym że jeżeli wywołało to u was rumieńce i z niecierpliwością czekacie na ciąg dalszy opisu, przestrzegam: jakość jest i pozostaje dramatycznie niska. Poszczególne sceny ciągną się niemiłosiernie, wszyscy gadają jakby zamiast narkotyków wciągnęli środek nasenny i klepią dialogi typu "you are very big, you must be very strong". Dwuletnie dzieci potrafią lepiej udawać, że chcą się rozpłakać niż "studenci aktorstwa", których widzimy na ekranie. Dodatkowo ekipa miała chyba kłopoty techniczne, bo często kamera nie łapie ostrości - wskutek czego musimy minutami gapić się na kadry, które wyglądają na przykład tak:

      Skrzywdzona Ann idzie na skargę do swojego kumpla-dealera Guya - a ten daje jej tajemniczego jointa, który ma Herschella urobić. Pozostaje tylko jeden problem - jak właściwie miałby go wypalić, skoro konsekwentnie odmawia wszystkich używek pojawiających się na stole (albo na podłodze). Tym niemniej rdzeń niecnego planu właśnie się narodził.

      Na chwilę wtrąca się narrator, rozważając czy lepsza jest panna cnotliwa czy imprezowa. Dochodzi do wniosku, że obydwie są fajne, tylko inaczej, i znika. A Herschell, który i tak nie ma gdzie się podziać, spotyka się z kumplem Angel, Tomem. Ten akurat potrzebuje pomocnika na fermie indyków, na co Herschell ochoczo przystaje. Ale to dopiero następnego dnia, na razie nasz bohater idzie czyścić basen - gdzie wypatruje go Ann, i znowu zaczyna nagabywać. Nie idzie to najlepiej, mimo prezentowania nowego bikini - trzeba więc sięgnąć po jointa, reklamowanego jako środek na uspokojenie. Herschell nie wygląda na niespokojnego, ale zgadza się spróbować.

      Dostaje fachową instrukcję, jak się zaciągać, co szybko przynosi efekt.

      Na ciąg dalszy, czyli wizytę w łóżku Ann nie trzeba go już długo namawiać (znowu muszę uprzedzić - scena łóżkowa jest równie wciągająca jak reszta filmu).

      I znowu narrator - bo kto by się oparł takiej kobiecie, i że ścieżki w naszym życiu się powtarzają (z czasem wyjaśni się, o co chodzi). Ok, w końcu jedziemy na fermę indyków - którym ewidentnie źle z oczu patrzy, jak się zaraz okaże nie bez powodu. Przez kilka minut czujemy się jak w programie "Magazyn rolniczy", szczególnie że praca Herschella wydaje się z początku polegać na patrzeniu na indyki.

      Obowiązki faktycznie nie powalają - trzeba zbierać (dziwnie małe) indycze jajka i przenosić ptaki z jednego miejsca na drugie. Ale można dorobić - dwóch szemranych naukowców-pomocników Toma prowadzi na farmie nie do końca legalne eksperymenty: szprycują ptaki chemią. Przed wypuszczeniem drobiu na rynek chcą jednak upewnić się, czy nie ma efektów ubocznych u ludzi - na co potrzebujący pieniędzy Herschell bez wahania przystaje. A my czujemy, że to zły pomysł.

      Wcześniej jednak okaże się, że Herschell wciągnął się w używki - wymaga od dealera stałych działek, a ich chwilowy brak oznacza ostry ból głowy. Dopiero Ann z kolejnym jointem (lecznicza marihuana?) potrafi ukoić cierpienia. Jak się okazuje nie na długo... Ale na razie przyszedł ranek, i nasz bohater może przystąpić do eksperymentu - czyli do zjedzenia całego indyka na śniadanie.

      Herschell to kawał chłopa, więc z indykiem radzi sobie sprawnie (tylko dlaczego musimy to oglądać przez 3 minuty?). Ale konsekwencje nadchodzą błyskawicznie - pada targany konwulsjami, ku panice naukowców, którzy na wszelki wypadek postanawiają się ulotnić. Zdajemy sobie sprawę, że stało się coś ważnego, ale - pewnie dla zbudowania atmosfery - kolejne sceny są tak ciemne, że trudno cokolwiek zobaczyć. Tym niemniej pojedyncze kadry wyglądają obiecująco. W kostium wyraźnie nie zainwestowano zbyt wiele, nawet jak na standardy filmów klasy B. Indyczą głowę zrobiono z paper-mache, koszulę i spodnie aktor miał własne.

      Herschell, już jako pół-człowiek, pół-indyk rusza do Ann - która wpierw mdleje, ale szybko dochodzi do siebie i zaintrygowana zaczyna rozmowę. To znaczy pół-rozmowę, bo jedyny dźwięk jaki Herschell jest w stanie wydać w nowej postaci, to radosny gulgot. Dlatego swoje kwestie... pisze na kartkach. A wszystko to w kompletnych ciemnościach.

      Mimo tych problemów udaje im się zapewnić o wzajemnej miłości, omówić kwestie małżeństwa, do kogo mogą być podobne dzieci - a na koniec okazuje się, że może i głowa Herschella wygląda inaczej, ale cała reszta pozostała niezmieniona, ku radości Ann. Jedna z dziwniejszych scen 'romantyczno-erotycznych' jakie w ogóle widziałem (a raczej słyszałem, bo oświetlenia bardziej ubywa niż przybywa).

      Znowu na chwilę włącza się narrator, sugerując że problemach można szukać boskiej pomocy - ale szybko orientujemy się, że miło już było, a teraz czas na krwawy horror typu 'gore'. Nic dziwnego, na widowni kina drive-in zasiadają nie tylko zakochane pary, ale też wszelkiej maści maniacy, psychopaci i niewyżyte nastolatki, które chcą dostać coś dla siebie.

      Herschell po wizycie u Ann rusza zaspokoić rosnący głód. A jako że jest uzależniony, to i pokarm musi być odpowiedni: krew innych uzależnionych, najlepiej heroinistów. Dlatego napada kolejne panny (właśnie, ciekawe dlaczego tylko panny?), które po wstrzyknięciu działki snują się po terenie, wiesza do góry nogami, upuszcza krew z szyi i zawzięcie chłepcze (dziobem??).

      Ann z kumplami chcieliby pomóc Herschellowi - ale ponieważ jarają bez ustanku, to brakuje im dobrych pomysłów, za to zaczynają coraz wolniej poruszać się i mówić. W międzyczasie 'przypadkowy przechodzień' łapie naszego monstrualnego indyka na gorącym uczynku. W szybkim starciu udaje mu się wbić nawet śrubokręt w oko ptasiej bestii, ale to nie wystarcza - potwór wyciąga śrubokręt i wbija go w oko napastnikowi, tym razem skutecznie. Herschell rusza na dalsze łowy, jedynie maska z paper-mache robi się bardziej krwawa.

      W międzyczasie Guy, przyjaciel Ann, rozpaczliwie poszukuje towaru - dzwoni do regionalnego dealera, ale ten nie chce robić interesów bez forsy. Guy oferuje transakcję wiązaną - trochę kasy plus wdzięki Ann, śpiącej akurat w sąsiednim pokoju (w bardzo zachęcającej pozie). Dealerowi to pasuje, i zabiera się ochoczo do rzeczy - po to tylko, by zobaczyć w oknie przyglądającego się całej scenie Herschella. Nie podoba mu się to co zobaczył, daje więc nogi za pas, chowając się w jakiejś hali fabrycznej. Herschell podąża jednak bezwzględnie za nim, i wkrótce dopada nikczemnika.

      To daje pretekst do kolejnej dawki makabry - nasz bohater postanawia ukarać dealera... obcięciem nogi piłą mechaniczną. Scena wygląda całkiem realistycznie (oszczędzę tutaj kadrów), jak się okazuje autorzy wpadli na dobry pomysł. Jako dealera zaangażowali... kalekę, który musiał po prostu udawać że ma dwie nogi. Pozwoliło to malowniczo uciąć i okrwawić protezę, a potem równie malowniczo wymachiwać kikutem.

      Herschell jednak czuje się coraz gorzej - snuje się po okolicy, by w końcu trafić na kumpli Ann, którzy wyraźnie również łażą bez celu, ale za to mają ze sobą maczetę. Herschell ma wszystkiego dość i prosi ich o dekapitację - co następuje, dzięki czemu widz ma okazję zobaczyć parę drastycznych scen: obcinanie głowy 'w realu' zwykłemu indykowi, i co potem dzieje się z takim bezgłowym korpusem. Wszyscy widzowie ze skrzywioną psychiką muszą czuć się usatysfakcjonowani. A potem, niczym w "Odysei kosmicznej: 2001" mamy pełen surreal. Głowa pół-człowieka, pół-indyka spoczywa na talerzu, a obok trwa uczta z prawdziwym indyczym mięsem...

      Ale czekajcie, to jeszcze nie koniec! Po tym wszystkim Herschell się... budzi. Mnie przynajmniej to zaskoczyło, aczkolwiek koncept jest stary jak świat - po zjedzeniu naszprycowanego chemią drobiu dostał halucynacji, spotęgowanych jeszcze wypalonymi jointami, oraz środkami przeciwbólowymi łykanymi po Wietnamie. Jest trochę wkurzony na Ann, że go wplątała w całą sytuację, ale kolejne dobre słowo od Angel, oraz widok Ann na molo w bikini łagodzą jego ból i pozwalają całej historii zakończyć się happy endem, a publiczności z ulgą rozjechać się do domów...

      Czego się nauczyłem:

      - faktycznie trzeba uważać z tą chemią. Dorobić się takiej indyczej głowy, to może być kłopot. A co jeśli zjemy tuczone chemią krewetki?

      - jak najłatwiej doprowadzić widza do szału? Odtwarzać w kółko ten sam dwusekundowy krzyk, niezależnie od tego czy krzyczy kobieta, mężczyzna czy indyk. Wyraźnie dźwiękowiec też był dopiero studentem, i miał ograniczony dostęp do sprzętu

      - jak cały film podsumowuje narrator? "To była historia oparta trochę na faktach, a trochę na prawdopodobieństwie" - dla mnie mistrzostwo świata, nie znajduję w tej logice żadnej luki

      W następnym odcinku:

      Niech to na razie pozostanie niespodzianką (również dla mnie, bo nie wiem co pierwsze przyjdzie z Amazona).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „77 – Blood Freak (1972)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 marca 2015 18:11
  • środa, 18 marca 2015
    • 76 – The Clones of Bruce Lee (1980)

      Z pudełka: Tragiczna śmierć Bruce'a Lee prowadzi do serii niespodziewanych zdarzeń. Siły specjalne Hong Kongu sprzymierzone z genialnym Profesorem Lucasem powołują do życia klony mistrza widząc w nich niepokonaną super-broń. Jak jednak zareaguje świat na takie pomnażanie legendy kung-fu? I czy mini-armia Bruce'ów opowie się po stronie dobra, czy zła?

      Nie na temat: Oglądanie filmów najgorszych to ciężki test dla psychiki. Podziwiam Michaela Adamsa, który przez cały rok codziennie oglądał coś ze śmietnika kinematografii, by potem opisać to w książce "Showgirls, Teen Wolves and Astro-Zombies" (którą szczerze polecam). Ja musiałem zrobić sobie kilka miesięcy przerwy, bo czułem że zaczynam tracić dystans - i filmy najgorsze zaczęły mi się wydawać zupełnie normalne, podobne do tego co widziałem włączając telewizor. Ale oto jestem znowu na posterunku, zdeterminowany by dociągnąć przynajmniej do obiecanej setki.

      Azjatycka kultura i przemysł uwielbiają kopiować - dlatego śmierć Bruce'a Lee w 1973 roku uruchomiła lawinę inicjatyw zmierzających nie tylko do odtworzenia jego filmów, ale i samej postaci. Skutkiem tego jest osobny podgatunek kina azjatyckiego, "brucesploitation" oraz grupa epigonów z mniej lub bardziej (zazwyczaj mniej) oryginalnymi pseudonimami. Tylko w dzisiaj omawianym filmie zobaczymy Bruce'a Le, Bruce'a Lai, Bruce'a Thai oraz Dragona Lee. A byli przecież jeszcze Bruce Li, Lee Bruce, Bronson Lee, mój ulubiony Brute Lee oraz wielu innych. Po 1973 każdy chyba mieszkaniec Hong Kongu (oraz Chin, Tajlandii itd.), który potrafił podnieść nogę powyżej kolan pragnął iść w ślady wielkiego Mistrza.

      Tytuły filmów nie pozostawały w tyle - nic dziwnego, skoro ich produkcją zajmowały się takie wytwórnie jak Spectacular Films. Mamy więc "Bruce the Super Hero", "Bruce's Ninja Secret", "Ponowne wejście smoka" ("Re-enter the Dragon"), "Wejście kolejnego smoka" ("Enter Another Dragon"), czy "Wejście dwóch smoków" ("Enter Two Dragons"). Dopełnieniem jest "Wyjście smoka, wejście tygrysa" ("Exit the Dragon, Enter the Tiger"). Jak widać każdy z następców miał swoje ambicje, i prędzej czy później ogłaszał się spadkobiercą stylu i kolejnym smokiem, a jak nie smokiem to chociaż tygrysem.

      A z zupełnie innej beczki - nie miałem pojęcia, że "ten" Bruce Lee wystąpił w amerykańskich serialach z lat 60-tych: "Batman" i "Green Hornet". Jeżeli ktoś widział, to proszę coś napisać jak Bruce tam wypadł (jest dobrym czy złym charakterem?).

      Fabuła: Miłośnicy filmów kung-fu przypominają amatorów porno - chcą jak najszybciej przejść do rzeczy (czyli w naszym przypadku do walki wręcz). Dlatego fabuła w "Klonach Bruce'a Lee" zawiązuje się błyskawicznie. Nieprzytomnego Bruce'a Lee przywożą do szpitala (bonusowo parę dokumentalnych przebitek z życia ku uciesze widowni). Lekarze nie są w stanie mu pomóc, ale natychmiast zjawiają się służby specjalne i tajemniczy Profesor Lucas - po to tylko, by pobrać próbkę DNA mistrza i zniknąć.

      W następnej sekwencji widzimy już przygotowania do zabiegu. Mamy też próbkę koszmarnych, pisanych na kolanie dialogów, jakie będą nam towarzyszyć przez cały film - "Klony Bruce'a Lee. Cóż to by było za osiągnięcie naukowe. Profesorze, czy potrafi pan tego dokonać? Tak, potrafię. To powodzenia". Profesor zabiera się więc do pracy, korzystając z pomocy uroczych asystentek oraz swojego nieco dyskotekowego wynalazku - Magnatronu.

      Ale tak jak pisałem - 5 minut filmu już za nami, a publiczność nie czeka na sceny z dzieciństwa klonów, tylko chce dostać swoją porcję łubudu. Dlatego szast prast i klony Bruce'a są już wyrośnięte i gotowe do akcji, trzeba je tylko obudzić i nadać imię. Do budzenia służy oczywiście Magnatron (czy tylko mi ten hełm przypomina motylka?):

      Jeśli zaś chodzi o nadawanie imion, to Profesor (i scenarzysta) się nie wysila - "Twoje imię to Bruce Lee Dwa. Od tej pory będziesz robił wszystko co ci powiem". Takie postawienie sprawy, plus szatański śmiech profesora, nie wróży niczego dobrego. Na razie jednak przedstawiamy naszych bohaterów chlebodawcom, czyli tajnej policji Hong Kongu. Niestety co dziwne nigdzie nie trafiłem na ujęcie, na którym byliby wszyscy trzej Bruce'owie razem. Dodatkowo mam kłopot z rozróżnianiem azjatyckich twarzy, dlatego mogę tylko powiedzieć, że jeden z klonów (numer Dwa, akurat się nie załapał w kadr) jest wyraźnie większy od pozostałych, a w ogóle nie wydają się do siebie bardzo podobni (ani też podobni do oryginału).

      Wreszcie wprowadzenie możemy uznać za zakończone, i razem z Brucem Lee Jeden, Dwa i Trzy przechodzimy do ulubionej sekwencji wszystkich kungfumaniaków: treningu. I tu niespodzianka - jednym z trenerów będzie sam Bolo Yeung. Najbardziej napakowany Azjata w historii, walczył z Brucem Lee w "Wejściu smoka", Jeanem Claudem van Damme w "Krwawym sporcie", i w paru innych klasycznych filmach. Generalnie jednak wybredny nie był, brał co dawali (i gdzie można było parę dolarów zarobić), więc ma na koncie ponad 100 epizodów w rozmaitych "kopanych" produkcjach. Na razie da wycisk wanna-be Bruce'om, którzy muszą jeszcze mocno popracować nad swoją techniką.

      Mała dygresja - kopia filmu która ukazała się na DVD jest zapewne obrobioną wersją kinową. A jako że w Hong Kongu kręcono filmy w formacie 2.35:1, jego przygotowanie wymagało albo zmian proporcji (wtedy wszystko wygląda jak spłaszczone przez efekt relatywistyczny), albo przycięcia kadrów, co kończy się na przykład tak (ten w niebieskim to drugi mistrz, który nauczył Bruce'ów pięciu podstawowych stylów kung-fu):

      Przeszkoleni Bruce'owie mogą ruszać w teren. Pierwszy od razu dostaje zadanie z gatunku trudnych - ma rozpracować Pana Chilo, który pod płaszczykiem produkcji filmowej zajmuje się szmuglowaniem złota (też tego nie rozumiem). Na szczęście Chilo kręci filmy kung-fu, więc Bruce Lee Jeden ma łatwiej - może się od razu zgłosić na gwiazdę. No i się zgłasza, tak dobrze sobie radząc, że aż sam właściciel przychodzi go obejrzeć:

      Zwracam uwagę, że oglądamy tu film o kręceniu filmu (to się chyba nazywa "szkatułkowość"?) - z tym że ten wewnętrzny nie ma żadnej fabuły, bo kręcone są wyłącznie sceny walk. Pan Chilo jednak nie daje się nabrać - podejrzewa, że nowy jest wtyką policji i każe go zlikwidować. A konkretnie zastrzelić na planie (smutno ironiczne, jeśli przypomnimy sobie los Brandona Lee). Najwyraźniej jednak nikt nie ma pod ręką pistoletu, bo naszego bohatera najpierw próbuje załatwić dwóch białasów (będąc białasem w Azji nie zginiesz, zawsze znajdzie się rola w jakimś filmie - na przykład kung-fu - pod warunkiem, że nie masz kłopotu z graniem czarnych charakterów).

      A potem jeszcze więcej miejscowych. Ale nic z tego, nowy Bruce przebije się przez nich jak przez masło - szczególnie, że nawet na komendę "Teraz wszyscy naraz!" i tak przeciwnicy ustawiają się w kolejce, co bardzo ułatwia radzenie sobie z nimi. Tu potrzebna jest kolejna dygresja: wyjątkowo słabo wypadła w tym filmie synchronizacja dźwięku z obrazem - dlatego czasami słyszymy uderzenia gdy na ekranie akurat nikt się nie rusza, by po chwili widzieć bohaterów okładających się w całkowitej ciszy.

      Swoje dokładają też aktorzy - oczywiście każdy chce udowodnić, że to on jest tym "nowym" Brucem, dlatego starają się naśladować mistrza w najdrobniejszym szczególe. Bruce Lee wydawał charakterystyczne, wysokie okrzyki - jego następcy doprowadzają je do absurdu, bardziej przypominają nawoływania godowe rajskich ptaków niż krzyk wojownika. Oczywiście odpowiednia fryzura i okulary są niezbędne, podobnie jak gesty - pocieranie kciukiem nosa tak częste, że można podejrzewać aktorów o uczulenie na pyłki, czy wreszcie podarcie na sobie koszulki. Wiadomo, jak wojownik podrze na sobie koszulkę, to już nie ma na niego mocnych.

      W każdym razie Bruce dopada szefów syndykatu zbrodni - w czasie gdy przenoszą styropianowe złoto z dziury w ziemi na XIX-wieczną dżonkę. Dżonka próbuje salwować się ucieczką, ale Bruce dogania ją wpław, dokonuje abordażu, spuszcza manto całej załodze a na koniec wymierza sprawiedliwość Panu Chilo. Misja zakończona.

      W tym samym czasie Bruce Lee Dwa i Trzy ruszają do Tajlandii, by zneutralizować Doktora Nai, który ukryty w dżungli coś knuje i prawdopodobnie chce przejąć władzę nad światem. Na wstępie otrzymujemy fragment sponsorowany zapewne przez Ministerstwo Turystyki Tajlandii - piękne krajobrazy i uśmiechnięci ludzie na łódkach. I - co rzadko spotykane w azjatyckich filmach - dużo bonusowej golizny. Jest bieganie po plaży, wcieranie sobie kremu do opalania przez urodziwe Tajki i zakusy na uwiedzenie jednego z Bruce'ów, czemu on cudem się przeciwstawia wykorzystując swoją szybkość i intelekt (głównie jednak szybkość).

      Kolejną Tajkę Bruce spotyka w swoim łóżku - tym razem jednak działa intelekt, bo każe jej się wynosić podejrzewając podstęp, a zaatakowany unieszkodliwia zdradliwą piękność jednym ciosem w krtań.

      Tymczasem Doktor Nai nie przeczuwając jeszcze niebezpieczeństwa, snuje swoje diabelskie plany. W pierwszej chwili zrozumiałem, że produkuje jakąś odmianę Agenta Orange i planuje zniszczyć całą ziemską florę. Nie bardzo tylko ogarniałem, jak pomoże mu to przejąć władzę nad światem. Mimo że na światowego lidera Doktor Nai zdecydowanie się nadaje.

      Czego nie można powiedzieć o jego pomocnikach-laborantach.

      Obydwaj Bruce'owie oraz ich pomocnik to nie ninja - szturmują siedzibę Doktora przez główną bramę, odprawiając z kwitkiem kolejnych ochroniarzy. Po opanowaniu bramy podejmą jeszcze bardziej frontalny atak na główny budynek (gdzie jest jeszcze więcej ochroniarzy). A my tymczasem dowiemy się, co jest prawdziwą tajną bronią Doktora - tajemnicza mikstura, wstrzyknięcie której zmienia człowieka w niezwyciężonego metalowego golema.

      Co ciekawe, skóra nieszczęśników barwi się na kolor złoty, Doktor twierdzi że ich ciało zamienia się w mosiądz, a wszyscy mówią na nich Ludzie ze Stali. W każdym razie Doktor Nai wystawia do walki grupkę nieco otyłych Azjatów pomalowanych złotą farbą, w za dużych majtkach i z głupim wyrazem twarzy. Uderzeni robią charakterystyczne "bong" (z tym że niestety ze względu na wspomniane wyżej problemy z synchronizacją nie zawsze dzieje się to w chwili ciosu) i chwilowo dają odpór Bruce'om, a nawet ścigają ich do najbliższej wioski.

      Szczęście sprzyja jednak lepszym, więc Bruce'om przychodzi z pomocą zbieg okoliczności. Jeden ze Stalowych Ludzi pada na twarz tak nieszczęśliwie, że połyka... wiązkę trujących ziół, zebranych akurat przez miejscowe dziecko.

      Inteligencja Bruce'ów jest legendarna, dlatego w mig obmyślają plan działania - każdemu ze Stalowych Ludzi trzeba wepchnąć wiązkę ziół do gardła. Oni potem sami już to przeżują, przełkną i padną martwi. Proste. Pozbywszy się metalowej armii i reszty ochroniarzy, można stanąć twarzą w twarz z mózgiem syndykatu. Doktorze, czas umierać!

      Ale doktor doktorem, a jest jeszcze Profesor Lucas, który postanowił zrzucić maskę i ujawnić swą prawdziwą naturę. Jego profesorski umysł uznał, że trójka całkowicie posłusznych klonów to za dużo, wystarczy mu jeden, za to najlepszy. Dlatego każe im walczyć między sobą do upadłego. Ale to z kolei jest za dużo dla jego asystentek, które w heroicznej misji niszczą Magnatron (czyli odłączają głośniki, wskutek czego nie słychać poleceń). A parę wyjaśnień udzielonych ciepłym kobiecym głosem powoduje, że Bruce'owie idą po rozum do głowy, i idą wprać Profesorowi.

      Trzech Bruce'ów nic nie zatrzyma - ani ich wcześniejsi trenerzy, ani laserowe barierki, ani ściana z dykty ani nawet ostatni 'specjalny' ochroniarz (jeśli on też jest klonem Bruce'a to musiał być bardzo wczesny prototyp).

      Jego styl Modliszki można zneutralizować stylem Pijanej Małpy (jak to zwykle bywa w filmach kung-fu) - a potem oddać zwariowanego Profesora w ręce policji, wymierzywszy mu wcześniej parę solidnych razów. By wreszcie udać się całą trójką w siną dal, zapewne szukając kolejnych planów filmowych na których przyda się ktoś podobny do Bruce'a Lee.

      Czego się nauczyłem:

      - puszka Coca Coli i magnetofon kasetowy to symbole europejskiego stylu życia

      - łopatą najlepiej kopie się doły uderzając nią na płask o ziemię

      - dobrze mieć pod ręką wiązkę trujących ziół, aby nakarmić nią przeciwnika

      - w biurach prawdziwych twardzieli sekretarki pracują topless

      W następnym odcinku:

      "Blood Freak" - horror o facecie, który zmienia się w krwiożerczego indyka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „76 – The Clones of Bruce Lee (1980)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      środa, 18 marca 2015 00:41
  • poniedziałek, 21 kwietnia 2014
    • 75 – Contamination .7 (1993)

      Z pudełka: Wokół atomowej elektrowni dzieje się coś złego. Okoliczne lasy stały się nieprzyjazne, ludzie mówią że w nich szura i trzeszczy. I skąd to wrażenie, że ciągle ktoś (coś?) na nas patrzy? Szeryf może myśleć, że młodzi fantazjują - ale gdy zaczynają znikać najpierw psy, a potem mieszkańcy miasteczka, sprawa robi się poważna. Czy jednak lokalna społeczność znajdzie w sobie tyle siły i sprytu, by rozwikłać zagadkę zanim będzie za późno?

      Nie na temat: Czego powinienem oczekiwać po filmie, w którym główne role grają Bubba Reeves i Chelsi Stahr? A dyrektor artystyczny nazywa się Max Slowing? A dorzućmy jeszcze, że "Contamination .7" znany jest pod dwoma innymi tytułami. "Creepers", co jeszcze mogę zrozumieć, bo pełzanie jest ważnym elementem fabuły. Oraz... "Troll 3" - mimo że w filmie nie pojawia się - nawet na sekundę! - żaden troll. Ostatni tytuł daje jednak ważną wskazówkę - za "Contamination .7" stoi ekipa, która stworzyła inne arcydzieło: "Troll 2". W tym scenarzyści: Rosella Drudi i Claudio Fragasso, a przede wszystkim reżyser / producent Joe D'Amato.

      Tutaj D'Amato ukrył się pod pseudonimem jako David Hills (co ciekawe, Joe D'Amato to również pseudonim - naprawdę nazywa się Aristide Massacessi). Ale wiemy już, że możemy liczyć na wszystko, co ma zwykle do zaoferowania niskobudżetowy, włoski horror. Nie żeby dzięki temu było łatwiej przemęczyć się 90 minut przed ekranem, ale przynajmniej cierpimy z kontekstem. O tym reżyserze pisałem już przy okazji "Quest for the Mighty Sword", ale lista jego 200 filmów robi takie wrażenie, że można ją przeglądać bez końca.

      Dwa główne nurty twórczości D'Amato to wariacje na temat produkcji znanych i lubianych, oraz nurt "erotyczno / pornograficzny". Na początku kariery skłaniał się ku pierwszemu, tworząc najbardziej znane swoje filmy - horrory "Beyond the Darkness" oraz "Anthropophagus". Z wiekiem wyraźnie odnalazł się w tym drugim - tutaj widzimy takie perełki jak "Emanuelle i ostatni kanibale", "Erotyczne przygody Alladyna" oraz "Anal Paprika" (?!?). Recenzowanie takich filmów rozsadziłoby jednak ramy tego bloga, wracajmy więc do "Contamination .7"...

      Fabuła: Scenariusz nie leżał nigdzie w pobliżu specjalisty od budowania suspensu, dlatego akcja wlecze się niemiłosiernie od początku do końca. Już pierwsza sekwencja z ciężarówką jadącą po zupełnie nijakich amerykańskich drogach może obniżyć tętno do poziomów groźnych dla zdrowia. A w odwodzie mamy jeszcze zwroty akcji idiotyczne nawet jak na standardy filmów najgorszych (o czym później). Przedstawmy więc bohaterów tej przygody:

      W jednym kadrze zebrały się trzy pierwsze ofiary morderczych korzeni - Susan, Stary Jack i jego pies Chester. Czekają na swój los na zapomnianej stacji benzynowej, której Jack jest właścicielem. 

      Pierwszy ginie oczywiście biedny Chester, który zrywa się w nocy z łańcucha, ale nie ma szans w starciu ze zdrewniałym przeciwnikiem. Podobnie jak Stary Jack, mimo naładowanej dubeltówki i szczerych chęci, by swego psa pomścić. Historia Susan jest dłuższa - znalazła się na stacji przypadkiem, nabrawszy się na stary numer z rejsowym autobusem odjeżdżającym, gdy skoczyła do toalety (Ameryka to dziki kraj - nawet w Polsce wołaliby chyba za kierowcą 'Halo, nie odjeżdżaj pan, dziewczyna wyszła za potrzebą'. A tam nic). Potem chciała przejechać do pobliskiego miasteczka korzystając z okazji, ale trafiła na oblecha z niecnymi zamiarami. Oblechowi uciekła do lasu, ale korzeniom już nie...

      Scenarzyści przez połowę filmu trzymają nas w niewiedzy - sceny z sunącą tuż nad leśną ściółką kamerą, plus odgłosy chrupania, mogą sugerować, że to mordercze borsuki, albo bobry ruszyły do ataku. Ale dość szybko prawdziwa natura zmutowanych okazów amerykańskiej flory wychodzi na jaw.

      Mózg całego diabelskiego planu - szef elektrowni atomowej (ten mały pod krawatem), jego pomocnik (w kitlu) oraz Doktor Taylor (ten w niebieskiej koszuli i spodniach zawadiacko noszonych bez paska), który jako pierwszy zaczyna coś podejrzewać. Dr Taylor to tęgi umysł, ale życiowa niedorajda (być może to cecha wszystkich doktorów fizyki), więc śledztwo prowadzi dość niemrawo, snując się po lesie z licznikiem Geigera. Szczególnie, że swymi odkryciami dzieli się w pierwszej kolejności... właśnie z szefostwem elektrowni. Ale ostatecznie to on dorzuci brakujący fragment układanki (w postaci mapy zostawionej u miejscowej prostytutki) i pomoże ujawnić spisek.

      Swoją drogą, żeby odpady radioaktywne z własnej elektrowni wyrzucać kilkanaście kilometrów dalej w pobliskim lesie, i żeby można było wozić je bez żadnego nadzoru na pace ciężarówki... Takie rzeczy tylko w Ameryce. Ale i diabolicznego szefa dosięgnie sprawiedliwość - gdy prawda o zmutowanych korzeniach wyjdzie na jaw, po prostu palnie sobie w łeb...

      Dwójka głównych bohaterów - Jossie i Matt. Właściwie to nie chcieli się zajmować korzeniami, w głowie były im bardziej przyjemne sprawy. Jossie wróciła na prowincję z 'Wielkiego Miasta', i obydwoje z Mattem dziarsko zabrali się do odświeżania starej znajomości. Ale sytuacja ich przerosła, kolejne trupy znajdowane w lesie burzą romantyczną atmosferę i powodują, że odechciewa się amorów. Później dołącza do nich jeszcze Brian, wnuk Starego Jacka, który chciałby się dowiedzieć, co właściwie stało się z jego dziadkiem, że nie można nawet obejrzeć zwłok. A że z zawodu jest dziennikarzem śledczym, to nie kupuje łatwo kolejnych wyjaśnień Szeryfa...

      Szeryf - oprócz tego, że jest bardziej drewniany niż mordercze korzenie - pozostaje w zmowie z kliką z elektrowni. Dlatego zrobi wszystko, by zatuszować kolejne zgony, a nawet by pozbyć się ekipy detektywów-amatorów. Ale tylko do czasu, gdy w przyczepie Starego Jacka, gdzie meandry fabuły zagnały głównych bohaterów, sam nie padnie ofiarą pełzających zabójców. Stając się przy tym podmiotem jedynej mocnej sceny w filmie, z korzeniem wychodzącym przez oko (a właściwie przez plastikową atrapę).

      W tym momencie wszystkie elementy układanki są już na swoim miejscu - beczki z radioaktywnymi odpadami, zmutowane korzenie, seria zgonów. Reszta to elementarna dedukcja. Tym łatwiejsza, że korzenie przypuszczają właśnie frontalny atak na miasteczko, i nie zamierzają brać jeńców.

      W tym momencie następuje zwrot akcji, po którym osłupiałem - mieszkańcy tej mieściny na spontanicznym zebraniu uradzają, że aby pozbyć się zarazy, należy... zakopać beczki. Dlatego chwytają szufle i łopaty, jakie kto ma pod ręką, i wsiadają na swoje pick-upy, by zrobić z radioaktywnym odpadem porządek.

      Pomyśleliście może, że lepiej byłoby wezwać specjalistów? Albo uciekać? Nie w Ameryce, gdzie każdy jest panem swego losu. A z pick-upem, strzelbą i łopatą potrafi czynić cuda. Promieniotwórczości przecież nikt nie widział, więc nie ma się czego obawiać. A poza tym korzenie pozrywały linie telefoniczne (ale jak? poprzegryzały???). Co ciekawe, nawet brak kontaktu z elektrownią atomową nikogo w Stanach nie niepokoi.

      Beczki nie zamierzają się jednak poddać bez walki. Armia korzeni przypuszcza kontrnatarcie, i skromne siły mieszkańców miasteczka szybko topnieją. Szczególnie, że zamiast zakopywać, z jakiegoś powodu zaczynają radioaktywny ładunek pakować na swoje samochody... Na szczęście w ostatniej chwili przybywa odsiecz. Brian, który jako jedyny zachował resztki zdrowego rozsądku (może dlatego, że nietutejszy), pojawia się na czele brygady spychaczy, i daje beczkom (i korzeniom) ostateczny odpór, przykrywając je grubą warstwą ziemi.

      Świat został uratowany. I tylko ja do końca nie dowiedziałem się, jak właściwie te korzenie zmutowały? Czy oddzieliły się od swoich macierzystych drzew, i pod postacią wielkich drewnianych dżdżownic przemierzały świat, czy też niczym Plastic Man zyskały zdolność rozciągania się na setki metrów i atakowania niczego nieświadomych ofiar? Przyznacie, że to ciekawe. Niestety, film nie doczekał się sequela, w którym znalazłbym pewnie odpowiedź...

      Czego się nauczyłem:

      - drogie panie, jeżeli jeździcie autostopem, pod żadnym pozorem nie wsiadajcie do samochodu, którego kierowca oferuje, że podwiezie was gdziekolwiek, ma fryzurę 'krótko z przodu długo z tyłu' i oblizuje się na wasz widok!

      - lato na Alasce (bo tam dzieje się film) potrafi być niezwykle gorące - bohaterowie ciągle narzekają na upał, niektórzy decydują się nawet na kąpiel w wodospadzie (fakt, że w ubraniach)

      - mimo gorącego i suchego lata, w kluczowym momencie akcji na pewno pojawi się wielka, pełna błota kałuża, skutecznie odcinając drogę ucieczki samochodem

      - amerykańskie przyczepy kempingowe są niezwykłe - w ich wnętrzu panuje wieczna noc, nawet jeśli na zewnątrz jest piękny słoneczny dzień

      W następnym odcinku:

      Film, po którym sporo sobie obiecuję - "The Clones of Bruce Lee".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „75 – Contamination .7 (1993)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 kwietnia 2014 21:47
  • niedziela, 09 marca 2014
    • 74 – The Dungeonmaster (1984)

      Z pudełka: Czarownik Mestema od tysięcy lat nie spotkał godnego siebie przeciwnika. Aż doczekał czasów, w których pojawiły się komputery i wirtuozi klawiatury, a wśród nich Paul Bradford. Zaintrygowany nowoczesną technologią Mestema rzuca mu wyzwanie - siedem prób, w których stawką będzie nie tylko życie Paula, ale również cześć i cnota jego ukochanej Leslie. Ale Mestema nie wie, że Paul ma potężnego sprzymierzeńca - sztuczną inteligencję, którą sam skonstruował. Czy to jednak wystarczy by pokonać pradawną magię?

      Nie na temat: Jest jakaś prawidłowość w filmach, nie tylko klasy B, która każe paniom archeolog wyglądać jak seksbomby z okładki "Playboya", a informatykom niczym tancerz z Chippendales. Wykopaliska prowadzone w szortach i obcisłych bluzkach, z burzą blond loków na głowie to norma, podobnie jak kaloryfer na brzuchu komputerowego speca, zniewalający uśmiech ze śnieżnobiałym uzębieniem, i sprawność fizyczna zawstydzająca Michaela Jordana. Jedynie okulary można dorzucić jako symbol intelektualnej dominacji.

      Nie tylko Cannon Group zarzucała w latach 80-tych rynek tanimi produkcjami o pięknych paniach archeolog i - co było wtedy nowością - młodocianych komputerowych geniuszach. Także Empire Pictures ma tu swoje zasługi - oni wyprodukowali niedawno opisywane filmy "Eliminators" i "Arena", oni też stoją za takimi klasykami jak "Troll", "Robot Holocaust", "Creepozoids" czy "Re-Animator".

      Wytwórnie te szybko reagowały na zapotrzebowanie rynku - wystarczy popatrzeć na listy tytułów i zestawić je z datami premier blockbusterów takich jak "Terminator", "Krwawy sport" czy "Robocop". Sukces filmu "Tron", i rodząca się nowa rozrywka, czyli Role-Playing Games ("Dungeons & Dragons"!) nie mogły zostać niezauważone. Dlatego szybko zebrano najlepszych (co nie znaczy, że dobrych) ludzi pracujących dla Empire ("Dungeonmaster" ma siedmiu reżyserów!) i nakręcono fabułę trafiającą w gusty młodego widza, którego umysł postrzega świat w kategorii kolejnych etapów komputerowej gry.

      Fabuła: Zaczynamy z zupełnie innej beczki. W sennej wizji facet goni po lesie i po murach za seksowną laską (według standardów lat 80-tych, podobną do Beaty Kozidrak). Pogoń za króliczkiem okazuje się wkrótce pogonią za nagim króliczkiem, z panną demonstrującą - z braku dobrego polskiego określenia - "full frontal nudity". Pogoń kończy się na łóżku, ale zanim dochodzi do konsumpcji do pokoju włazi banda niesympatycznych trolli, które facetowi dają w gębę, a kobietę zabierają.

      Wszystko okazuje się wyuzdaną fantazją komputerowego inżyniera - te sceny nie mają nic wspólnego z resztą filmu, i zostały wycięte w wersji przeznaczonej dla bardziej młodocianej widowni. Szybko wracamy do bardziej realnego świata, w którym Paul, nasz genialny informatyk, spędza czas konstruując sztuczną inteligencję (którą nazwał Ex-Calibr8, i dał jej kobiecy głos).

      Jak to informatyk, Paul nie tylko inteligencją zawstydziłby Einsteina, ale wyglądem wprawiłby w kompleksy Adonisa. Z takimi warunkami musi mieć super-laskę - Leslie, instruktorkę aerobiku (wszystkie modne tematy w jednym filmie!). Leslie jest co prawda trochę zazdrosna o podejrzanie bliską relację Paula z Ex-Calibr8, ale i tak prowadzą szczęśliwe życie, planując rychłe małżeństwo.

       

      Aż tu nagle... Huk, dym, i Paul z Leslie odnajdują się w zupełnie nowej, nieprzyjemnej rzeczywistości. Leslie przykuta łańcuchami do skały (zresztą przykuta do różnych rzeczy spędzi większość filmu), a Paul stojący twarzą w twarz z potężnym czarownikiem, Mestemą.

      Niech was nie zmyli kotek, Mestema to okrutny i zły człowiek. Dawno pokonał już innych adeptów czarnej magii, i szuka nowego wyzwania - dlatego zapragnął zmierzyć się z nieznanym przeciwnikiem: technologią. Oczywiście pojedynek nie jest do końca symetryczny - to Paul musi przejść siedem prób. Jeśli przegra, straci zarówno Leslie, jak i swoją duszę. A jeśli wygra? To nie jest przez Mestemę precyzyjnie zdefiniowane, ale daje przynajmniej nadzieję, że zarówno duszy, jak i Leslie nie straci.

      Na szczęście w misjach nie będzie zupełnie sam - Ex-Calibr8 towarzyszy mu pod postacią high-tech naramiennika, emitującego komputerowe moce. Czyli jak trzeba to strzeli laserem, a jak trzeba zaanimuje ognistego ptaka... W części misji pojawi się też Leslie, ale zazwyczaj jako ofiara, którą trzeba niezwłocznie wybawić z opresji pod groźbą porażki.

      Możemy zaczynać - pierwsza misja (Ice Gallery) to lodowa jaskinia, a w niej zamrożone figury różnych mniej lub bardziej historycznych postaci. Jest Kuba Rozpruwacz, ale także Mumia i Wilkołak, a nawet Albert Einstein. Temperatura w środku powoli rośnie, i postaci zaczynają powoli ożywać, dybiąc na biegającą wśród nich w panice Leslie. Na szczęście odrobina siły fizycznej i atomowy kryształ pożyczony od Einsteina pomagają misję zakończyć sukcesem.

      Demons of the Dead, to kolejna jaskinia, w której ogry-zombie niemrawo próbują zabić Paula. A dziwny rogaty karzeł Ratspit, król umarłych, przywołuje nietypowego przeciwnika, czyli... zwłoki Paula. Ten jednak brata się z nimi zamiast walczyć - w ten sposób zaburza rzeczywistość, i podmienia ją na własną. To wystarcza do zakończenia misji, niestety Leslie pozostaje przykuta łańcuchami do skały, a co gorsza Mestema zaczyna ją obmacywać.

      Heavy Metal - trzecia misja, w której trzeba zmierzyć się z nie byle czym, bo z muzyką zespołu W.A.S.P. Pudel-metal w czystej postaci, publiczność z ćwiekowanymi 'pieszczochami' na rękach. Leslie na scenie, oczywiście skuta łańcuchami, a wokalista nie dość że razi Paula laserowymi strzałami ze swojej gitary, to jeszcze planuje poderżnąć jej gardło. Na szczęście Ex-Calibr8 robi szybką analizę, i odkrywa że heavymetalowcy nie lubią wysokich dźwięków (coś w tym jest). Pisk emitowany przez wielofunkcyjny naramiennik pozwala zakłócić koncert i uratować, choć na krótko, Leslie. Wydaje mi się, że alternatywnie można było puścić arię Marii Callas.

      Stone Canyon Giant - od razu na wejściu leśne karły kradną Paulowi super-rękaw. Zaraz potem składają go w ofierze wielkiemu kamiennemu golemowi siedzącemu na tronie. Paul swój rękaw bezczelnie zabiera, niestety golemowi się to nie podoba, dlatego wstaje z tronu i rusza za nim w pościg, ostrzeliwując gęsto teren z czołowego lasera. A karły dodatkowo rzucają w niego kamieniami. Na szczęście laser w rękawie Paula jest nie gorszy, a precyzja lepsza - jedno trafienie w czoło powala giganta, i kończy misję.

      Mestema czuje, że nie wszystko idzie po jego myśli - dlatego próbuje Paula przekupić. Wolność, kasa i trzy dodatkowe blond panny za Leslie. Paul wydaje się nawet chwilę wahać, szczególnie że panny zachęcają go bezpośrednio do zmiany decyzji. Ale jednak nie - widocznie woli ciemnowłose. Mestema się wścieka, i startujemy kolejną misję.

      Slasher - najbardziej tradycyjny segment, prawdopodobnie miał być w konwencji filmu 'noir' (wyszedł co najwyżej czarniawy). Paul budzi się na śmietniku, obok gazety donoszącej o zamordowaniu Leslie. Na szczęście gazeta okazuje się jutrzejsza, co daje mu godzinę na zapobieżenie tragedii. To niewiele, a co gorsza ze śmietnika zgarnia go policja, podejrzewając o bycie mordercą. Ale od czego ma Ex-Calibr8 - najpierw przepala laserem kajdanki, potem dostaje szczegółowe wskazówki, gdzie nastąpi kolejne morderstwo, a na końcu - znowu laserem - powala już podnoszącego skalpel złoczyńcę. Jedynym wyzwaniem dla Paula jest dobiec na czas na miejsce zbrodni - ale w tym pomaga mu zdrowy tryb życia, który zawsze prowadził.

      W tym miejscu wyraźnie już czujemy mielizny scenariusza. To komputer, a nie Paul wymyśla rozwiązania, posługując się tajemniczą 'bazą wiedzy', w której są chyba odpowiedzi na wszystkie problemy świata. A jak już się nie da myśleć, to pomaga Paulowi wyrąbać sobie drogę naprzód przy pomocy lasera. Tak to można skończyć każdą misję. Ale jedźmy dalej...

      Cave Beast - kolejna jaskinia, w której panuje aktywność termonuklearna(?). Paul nie chce tam włazić, ale znowu słyszy Leslie wołającą o pomoc, więc musi. Na miejscu czai się kolejny zombie-ogro-troll, który obrzuca naszego bohatera kamieniami, oraz lokalnymi kryształami, wywołującymi rykoszety i dodatkowe eksplozje. Paul nie pozostaje mu dłużny, wkrótce więc jaskinia zaczyna grozić zawaleniem. Ex-Calibr8 znowu wkracza na scenę, i zamieniając się na chwilę w starodawną komputerową grę w ping-ponga podpowiada Paulowi sprytny rykoszet, którym ten razi swojego wroga.

      Przysypany lawiną kamieni ogr zamienia się w piękną kobietę-aniołka, i zaczyna wyrzucać Paulowi jego niecny czyn (przyznaję, że nie do końca ten fragment zrozumiałem). Ale na szczęście Paul szczerze żałuje tego co zrobił, i to kończy misję.

      I wreszcie ostatnia misja - Desert Pursuit, czyli popłuczyny po Mad Maxie. Paul z Leslie budzą się na cmentarzysku samolotów(?). Szybko zjawiają się trzej zamaskowani goście z wyraźnie wrogimi zamiarami (i jeden mały, ale on się nie liczy). Na szczęście Paul... tak, oczywiście - ma Ex-Calibr8, która sprytnym potrójnym strzałem załatwia przeciwników.

      Paul z Leslie ruszają zdobyczną furą przed siebie - niestety kolejni goście ostrzeliwują ich z laserowej bazooki. I wtedy Leslie ma swoje pięć minut - wkurza się, chwyta za giwerę i roznosi cały dywizjon pościgowy w drobny mak.

      Niestety jazda i tak kończy się czołowym zderzeniem - ale misja zostaje zaliczona, chociaż trudno powiedzieć jakie były kryteria sukcesu.

      To już w zasadzie koniec, Paul wychodzi z prób zwycięsko, ale Mestema nie przyjmuje tego łatwo. Zamierza go zabić pomimo wszystko, strony przystępują więc do trudnych negocjacji - i ustalają, że sprawdzą kto jest lepszy w najstarszy ze sposobów: w pojedynku jeden-na-jednego. Bez żadnej magii, technologii i innych ulepszeń. Czyli amerykański fitness kontra 1000 lat doświadczenia.

      Paul prezentuje dobre przygotowanie bokserskie (jak to informatyk), Mestema to raczej styl modliszki. Po krótkiej chwili i tak style idą w odstawkę, a bójka przypomina zwykłe MMA - i to na brzegu wielkiego krateru wypełnionego lawą, który tam się znienacka pojawił.

      Nie zaskoczy chyba czytelników fakt, że to Mestema ląduje w końcu w ognistym kisielu, kończąc swój i tak zdecydowanie za długi żywot. Paul wylądowałby tam również, gdyby nie Ex-Calibr8, która po raz ostatni postanawia zademonstrować swoją wyższość, rzucając Paulowi linę zrobioną z lasera. Zdjęcie kajdan z Leslie to już bułka z masłem, podobnie jak powrót do naszej rzeczywistości, w której można z nowym entuzjazmem podjąć przerwane przygotowania do małżeństwa...

      Z opisu tego może nie widać, ale dobrze się bawiłem oglądając "Dungeonmastera". To jest produkt swojej epoki, i wszystko, począwszy od fryzur, a skończywszy na muzyce W.A.S.P. jest dokładnie takie jak trzeba. Gdyby jeszcze genialny informatyk potrafił wymyślić coś więcej niż to, którym guzikiem włączyć komputer, rozwiązujący za niego wszystkie problemy... Ale może to nie jest wcale tak odległe od rzeczywistości.

      Czego się nauczyłem:

      - jeżeli nie jesteśmy pewni, czy nasz partner jest odpowiednim kandydatem do małżeństwa, poddajmy go siedmiu próbom. Jeżeli przez nie przejdzie, to znaczy że się nadaje.

      - relacje z komputerem też mogą być chorobliwe - jeśli zaczynamy do niego mówić pieszczotliwie, i pytamy o opinię o swoim partnerze, to znak że coś jest nie tak

      - bieganie jest ogólnie dobre dla zdrowia, a czasem może nawet uratować życie. Dlatego warto biegać z domu do pracy i z powrotem, szczególnie że w Ameryce najwyraźniej daje się spakować cały garnitur do malutkiego plecaczka.

      - komputerowy geniusz potrafi skonstruować hackerskie super-okulary, przy których bankomaty wydają pieniądze od samego popatrzenia. Marzenie każdego cyber-włamywacza.

      W następnym odcinku:

      Film o morderczych korzeniach drzew (tak, właśnie: o morderczych korzeniach drzew) - czyli "Contamination .7"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „74 – The Dungeonmaster (1984)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 marca 2014 00:57
  • czwartek, 30 stycznia 2014
    • 73 – America 3000 (1986)

      Fabuła: 900 lat po Wielkiej Wojnie świat pogrążył się w chaosie i anarchii. Władzę przejęły kobiety, zaledwie tolerując mężczyzn wegetujących u ich boku. Ale nadchodzą zmiany - grupa rebeliantów, uzbrojonych w potężne artefakty z dawnych wieków, spróbuje zmienić porządek rzeczy. Muszą jednak uważać, by nie ściągnąć ostatecznej zagłady na niedobitki ludzkości...

      Nie na temat: Z filmami opisującymi świat po Wielkiej Wojnie jest jak z każdym innym gatunkiem - udana produkcja wywołuje lawinę naśladownictw, próbujących zarobić na wygłodniałej widowni. Z serią "Mad Max" z początku lat 80-tych nie było inaczej. Dzięki Melowi Gibsonowi pojawił się też Michael Dudikoff jako postapokaliptyczny detektyw w "Radioactive Dreams", Patrick Swayze wojujący z bandytami w "Steel Dawn", Kevin Costner przemierzający pustkowia w "Wysłanniku przyszłości" i wielu innych.

      Rozumiem popularność tej formuły - pustynne plenery dużo nie kosztują, a pasują idealnie. Aktorów można ubrać w szmaty (bo w co innego?) i zabrać wszystkie drogie sprzęty, bo te się już dawno popsuły. Kazać im dążyć do 'ziemi obiecanej', czyli ostatniego miejsca, gdzie jeszcze rosną drzewa, śpiewają ptaki i zachowała się skrzynka z Coca Colą. Albo odkryć artefakty z przeszłości, które - jeśli wpadną w niepowołane ręce - mogą dokończyć dzieła zniszczenia (jeszcze jedna bomba atomowa, którą zapomniano odpalić).

      Dorzucić trzeba paru mutantów, handlarzy żywym towarem i okrutne reguły rządzące światem, gdzie przeżywają tylko najsilniejsi. Ewentualnie wodza, kapłana lub generała, który zbuduje swoje Imperium Zła. Albo pominąć to wszystko, i opisać historię grupy ludzi, którzy próbują normalnie żyć, a nawet uprawiać sport - jak w najlepszym dla mnie filmie z tego gatunku, "Salut dla bohatera".

      Skoro jednak za temat wzięli się spece z Cannon Group, musiało być z przytupem. Szczególnie, że "America 3000" powstała w złotych latach tej zacnej wytwórni - gdzieś między "Delta Force", "Kopalniami króla Salomona", "Krwawym sportem" i kolejnymi częściami "Życzenia śmierci". Panowie Golan i Globus przepis mieli prosty - prosta fabuła, szybka akcja i trochę golizny. Wszystko nakręcone za niewielkie pieniądze, z drugoligowymi aktorami i plenerami dzielonymi między kilka filmów. Przepis się sprawdzał, a ich dzieła to już stuprocentowa klasyka. Co ciekawe, David Engelbach - reżyser i scenarzysta "America 3000" - twierdzi, że skrypt jego historii powstał jeszcze w latach 70-tych, na długo zanim ktokolwiek myślał o "Mad Maxie"...

      Fabuła: Co ciekawe, świat stworzony w "America 3000" jest o wiele bardziej frapujący niż sam scenariusz. 900 lat po Wielkiej Wojnie (The Great Nuke) światem rządzą kobiety. A właściwie blondynki, bo istnieje dziwna zależność między wielkością i jasnością blond fryzury, a pozycją społeczną. Mężczyźni zostali zepchnięci na margines, i dzielą się na trzy grupy: Machos (robotnicy do prac fizycznych), Toys (coś pośredniego między klaunem, aktorem, i przyborem do kopania) oraz Seeders (hmm, reproduktorzy?). Czyli w zasadzie zupełnie jak teraz.

      Oprócz tego są jeszcze Plugas - rebelianci, którzy uciekli z niewoli i wegetują w najbardziej niedostępnych rejonach pustyni. Wiadomo jednak, że wioska złożona z samych mężczyzn nie ma przyszłości, a poza tym trzeba coś jeść. Dlatego napady na żeńskie konwoje są na porządku dziennym, bywają jednak okupione ciężkimi stratami. Kobiety nie dość że mają przewagę technologiczną (czyli kusze), to jeszcze znają wschodnie sztuki walki. A mężczyźni w tym filmie naprawdę nie wyglądają na godnych przeciwników...


      W czasie jednego z takich ataków na konwój ginie Lynka, królowa lokalnej wspólnoty. Władzę musi przejąć jej córka, Vena - ona wcale tej władzy nie chce, ale najwyraźniej się nadaje (fryzurę ma zdecydowanie największą). Być może dlatego przez resztę filmu snuje się ze zbolałą miną, której nie zmieni nawet na widok blond przystojniaka. Druga córka, Lakella, władzę by chętnie wzięła, gdyby tylko trafiła się okazja - będzie więc knuć i spiskować, o mało nie zaprzepaszczając szansy na damsko-męskie pojednanie.

      Dwaj przywódcy rebelii, Korvis i Gruss, wychowali się na podręczniku do nauki czytania dla przedszkolaków. To najwyraźniej wystarcza, by ogarnąć idee wolności, równości i braterstwa, i zacząć wcielać je w życie. A znalezienie "Playboya" pozwoli też na dopracowanie własnego wizerunku.

      Pomoże im nieco przypadek (czy już wspominałem, że scenariusz ma kilka mielizn?) - ścigany przez kobiety Korvis wpadnie do jaskini, skąd trafi do ni mniej ni więcej, tylko schronu Prezydenta USA, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Znajdzie tam laserowe giwery, granaty i złoty kombinezon, ale też flippery, kasetowy magnetofon (w którym nie rozładowały się baterie!), namalowany na ścianie Manhattan, oraz wielkie wygodne łoże, które odegra jeszcze istotną rolę w tej historii. Dowie się też, że Wielka Wojna wybuchła w gruncie rzeczy przez pomyłkę...

      Mała dygresja - David Engelbach zastosował zabieg, którego nie spodziewałbym się w tak prostolinijnej produkcji: kazał aktorom mówić slangiem z postnuklearnej przyszłości. I tak mężczyzna to wspomniany już Macho, a kobieta - Frau. "Plastic" to przekleństwo, a "american" to wszystko co jest stare i niezrozumiałe. "Cold" oznacza zły, albo martwy, a "scanning" to spotkanie. Takich językowych ewolucji było znacznie więcej, nie wszystko wyłapałem, i pewnie nie ma to lingwistycznie za dużo sensu - ale pomysł zacny, i chwała autorom, że spróbowali.

      Powojenny świat ma oczywiście swoje legendy - a najważniejsza mówi o zbawicielu, który nadejdzie by ocalić wszystkich ludzi, i poprowadzić ich ku lepszej przyszłości. A imię tego zbawiciela to... President. Nic dziwnego, że Korvis wyposażony w złoty uniform, karabin, magnetofon i plakietkę 'President of the United States' postanawia spróbować.

      Idzie mu ze zmiennym szczęściem - jego rebelianci raz napadają wioskę kobiet i uwalniają innych mężczyzn (którzy chyba wcale tego nie chcą), a raz stają się obiektem gwałtownego kontrataku. W tym czasie Vena samotnie bada, do jakich skarbów prowadzi stara mapa, by odkryć arsenał granatów (coś pisałem o mieliznach?). A jej siostra i kilka konspiratorek postanawiają przypuścić ostateczny szturm na męskie pozycje. A jako że mężczyźni również dostali to, co lubią najbardziej,  czyli karabiny i granaty (i nauczyli się ich używać, przeglądając komiksy), szykuje się niezła jatka. Co ciekawe, kobiety przed bitwą popijają z wielkiego kotła - niczym Galowie - napój dodający animuszu. Stawiam na słodki likier.

      Bitwa rozgorzała na dobre, obydwie strony zmobilizowały wszystkie siły. Po męskiej stronie walczy nawet wstawiony w scenariusz ni w pięć ni w dziewięć małpolud - Aargh the Awful...

      Obydwie strony notują ciężkie straty, a w tym czasie ich przywódcy, Vena i Korvis, eksplorują prezydencki bunkier próbując zapobiec katastrofie (mniejsza z tym, dlaczego akurat bunkier, i skąd się tam wzięli). Długo nie mogą dojść do porozumienia, ale z pomocą przychodzi prezydenckie łoże - idea "make love, not war" zostaje wcielona w życie w najbardziej bezpośredni sposób. Bez obaw, Korvis zdjął wcześniej kombinezon.

      Pozostaje im jedynie wrócić na powierzchnię - gdzie bitwa w międzyczasie wygasła, a niedobitki liżą rany - i tę samą ideę rozpropagować wśród swoich pobratymców. Początkowa nieufność zostaje szybko przezwyciężona (jak się okazuje, kontakty kobiet z Seedersami nie były tak straszne, jak to przedstawiała oficjalna propaganda) i ludzkość może znowu z optymizmem patrzeć w przyszłość...

      Czego się nauczyłem:

      - brakuje pomysłów na babską imprezę? Proponuję rzucanie nożami do mężczyzn przywiązanych do tarczy - tylko trzeba mieć kilku w zapasie...

      - perfekcyjnej angielskiej wymowy można się nauczyć studiując elementarz dla dzieci

      - jak zrobić z niewolnika prawdziwego mężczyznę? Kazać mu się umyć.

      - standardy urody z Playboy'a są ponadczasowe. A pucołowaty blondyn ze śnieżnobiałym uzębieniem nawet po 900 latach pozostanie obiektem kobiecych westchnień...

      W następnym odcinku:

      Komputerowy hacker kontra czarnoksiężnik - czyli "The Dungeonmaster"!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      strelnik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 22:26