Nie nadaje się do spożycia

Wpis

sobota, 18 lipca 2015

80 – The Creeping Terror (1964)

Z pudełka: Na amerykańskiej prowincji ląduje tajemniczy obiekt. Okoliczni mieszkańcy podejrzewają awarię samolotu, ale szybko orientują się, że to przybysze nie z tego świata. I że nie mają przyjaznych zamiarów. Nawet armia USA nie uchroni miejscowych od krwawej łaźni. Kim lub czym są tajemnicze, siejące spustoszenie stwory? Dlaczego to robią i - co najważniejsze - jak je powstrzymać?

Nie na temat: Ostatnio opisywałem głównie filmy nowe (czyli nie starsze niż ja) i trochę zapomniałem, że prawdziwym matecznikiem tych najgorszych były jednak lata 60-te. Czasy, kiedy obcy - najlepiej podlani radioaktywnym sosem - czaili się za każdym rogiem, a efektów specjalnych nikt nie traktował poważnie. Na szczęście "Creeping Terror" z nawiązką zrekompensował mi to chwilowe odejście od kanonu.

Ten film to prawdziwa historia znikania. Najpierw zniknął potwór. Tak, słynne "dywanowe monstrum" - wizytówka filmu - jest tylko produktem zastępczym. Oryginalny model został... skradziony z planu zdjęciowego. Musiał być naprawdę straszny. Na szczęście dzięki temu ekipa musiała coś na szybko ulepić z materiałów, które miała pod ręką - i tak przeszła do historii.

Potem zniknęła ścieżka dźwiękowa. Przynajmniej tak głosi legenda, chociaż złośliwi twierdzą że nigdy nie została nagrana. Producent miałby dzięki temu zaoszczędzić parę dolarów, a my możemy długimi minutami wysłuchiwać narratora, streszczającego dialogi bohaterów, oraz rozmaite prawdy o życiu. I to właśnie w czasie gdy bohaterowie ze sobą - niczym w niemym filmie - rozmawiają. Ja jednak wolę wierzyć, że ścieżka dźwiękowa utonęła w jeziorze.

A na koniec - na szczęście już po nakręceniu całości - zniknął reżyser. A właściwie reżyser i odtwórca głównej roli, jak to często w przypadku takich nieudanych produkcji bywa. Vic Savage zastosował ciekawy chwyt marketingowy, rolę aktorską podpisując prawdziwym imieniem, za to reżyserię firmując pseudonimem (A.J. Nelson). Być może uznał, że im więcej osób na plakacie, tym lepiej. Tylko że ten film nie miał żadnych plakatów, nie wiadomo nawet czy został kiedykolwiek wyświetlony w kinie. A Vic Savage zniknął by uniknąć oszustw podatkowych, o ile znowu chcemy wierzyć plotkom. I nie wzbogacił już światowej kinematografii żadnym innym dziełem.

I jeszcze ciekawostka - autorem psychodelicznych napisów początkowych jest Richard Eglund, który potem tworzył efekty specjalne m.in. w "Gwiezdnych wojnach", "Poszukiwaczach zaginionej arki" i "Ghostbusters". Najwyraźniej każdy musi mieć pierwszą pracę w jakimś McDonaldzie.

Fabuła: Film zaczyna się jak "Zagubiona autostrada" - samochód pędzący przez noc. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Za to bardzo szybko przechodzimy do sedna - Martin i Brett wracają z miodowego miesiąca, który "bez ostrzeżenia zamieni się w koszmar". Uczynnie wyjaśni nam to narrator, do znudzenia potem tłumacząc co czują i co mówią poszczególni bohaterowie.

Szeryf nie daje im nawet dojechać do domu, wprost z drogi zgarnia ich by pomogli w zlokalizowaniu "rozbitego samolotu". Ale my już wiemy, że to nie żaden samolot, tylko przybysze z dalekiego kosmosu (w roli statku obcych: startująca amerykańska rakieta). A co gorsza, wiemy co z niego wysiadło. I temu czemuś trzeba poświęcić więcej miejsca, bo "Creeping Terror" właśnie potworem stoi.

Z daleka przypomina pannę młodą - w sukni ślubnej z olbrzymim welonem i trenem ciągnącym się na wiele metrów. Tyle że wrzuconą w błoto i ozdobioną paroma gałęziami. Ewentualnie prawosławnego patriarchę w najbardziej oficjalnym stroju, potraktowanego w ten sam sposób (nie zgadzam się, że przypomina również papieża, inny jest kształt czapki). Później w zbliżeniach dostrzegamy więcej - podstawą konstrukcji są kapy na łóżko, koce, ewentualnie plandeki na samochód. Chaotycznie pozszywane i udekorowane kawałkami materiału, pakułami, watą, rurkami z ogrodowego węża, jakimiś kulkami i kto wie czym jeszcze. Wyobraźnia podpowiada wiele skojarzeń - chiński smok, gąsienica, foka szukająca drogi do oceanu. Słowem: majstersztyk. Potwory z "Robot Monster" i "It Came from Hell" nie dorastają mu do pięt.

Ale oprócz wyglądu ma jeszcze jedną cechę: prędkość - to najwolniej poruszająca się istota jaką widziałem na ekranie. Ślimaki ze "Slugs" są przy nim sprinterami. Obejście całego terenu, jaki przemierzył w filmie powinno zająć ze 20 lat. A uciec przed nim można nawet czołgając się, co udowadnia jeden z bohaterów w finałowych scenach. W dodatku potwór... nie ma rąk, dlatego swoje ofiary musi chwytać bezpośrednio otworem gębowym (pożera ludzi w całości, niczym pyton). A mimo to udaje mu się dopaść wiele ofiar, które z niejasnych powodów nie uciekają, tylko stoją (siedzą, albo leżą) i czekają na swój los. A niektóre wręcz włażą do paszczy (aktorzy prawdopodobnie usiłowali nadać scenom konsumpcji trochę dynamiki).

Właściwie to są dwa potwory - jeden grasuje po okolicy, a drugi siedzi we wraku statku, przyklejony taśmą(??) do ściany. Mimo to udaje mu się jakoś pożreć szeryfa i parę innych osób, które do tego wraku wlazły. O dziwo kolejni goście mogą się już czuć całkowicie bezpieczni, potwór nie jest ich w stanie dosięgnąć (przecież jest przyklejony taśmą).

Kto dopowiedział już sobie resztę fabuły, pewnie ma rację. Na pomoc przybywa armia, a konkretnie oddział specjalny pod wodzą pułkownika Caldwella oraz dr Bradford, spec od dogadywania się z pozaziemskimi cywilizacjami. Po śmierci szeryfa Martin zostaje jego następcą, więc ekipę mamy już w komplecie. Od lewej: Martin, jego żona Brett, doktor Baldwin i pułkownik Caldwell.

Teoria, że rakietę wystrzelili Rosjanie zostaje szybko obalona (chociaż to wyjaśniałoby patriarchę). Dr Baldwin zabiera się do dogadywania z osobnikiem przyklejonym we wraku, a jego brat bliźniak sieje spustoszenie w okolicy, kompletując nieodzowną listę niewinnych ofiar:

- para obściskująca się na kocu

- troskliwa żona i matka, która wysłała męża do pracy, zmierzyła dziecku temperaturę i została zjedzona gdy wieszała pranie, zostawiając po sobie kosz śnieżnobiałych prześcieradeł

- wnuczek, który poszedł z dziadkiem na ryby, ale wolał snuć się sam po lesie. A za chwilę dziadek, który poszedł go szukać

- grupa hipisów z gitarą - oczywiście hipisów z lat 60-tych, w sukienkach, białych koszulach i z nienagannymi fryzurami. Co ciekawe, lider grupy próbuje bohatersko przegonić monstrum atakując je gitarą, niestety obca forma życia okazuje się niewrażliwa na ciosy. Wrażliwość potwora na zestaw przebojów Elvisa Presleya nie zostaje niestety sprawdzona.

W końcu potwór rusza na najbardziej zatłoczone miejsce - miejscową tancbudę! Po zdecydowanie zbyt długich ujęciach twistującej młodzieży następuje atak. Niektórzy imprezowicze reagują prawidłowo - ratują życie idąc w przeciwnym kierunku. Na szczęście dla fabuły nie wszyscy wpadają na ten pomysł, za to nie wiadomo dlaczego zaczynają się ze sobą bić. A potwór łyka ich jednego po drugim. My zaś możemy wreszcie przyjrzeć mu się w szczegółach.

Potem jeszcze wpada na leśny parking, i udowadnia że potrafi wyciągnąć ludzi z zamkniętego samochodu niczym sardynki z puszki. Tego jest już za wiele, więc oddział pułkownika Campbella przybywa rozprawić się z bestią.

W międzyczasie jednak Dr Baldwin podjął szereg nieudanych prób kontaktu z obcą cywilizacją. Co skłoniło go do refleksji, iż być może nie ma do czynienia z inteligentnymi istotami, tylko faktycznie z potworami? Ale jak w takim razie przyleciały na Ziemię? I po co? Nalega więc na Campbella, by grasującego osobnika schwytać żywcem (pytanie, dlaczego nie odklei sobie tego drugiego od ściany, pozostaje bez odpowiedzi). Campbell ma jednak inne plany i jego oddział rusza do boju. Od razu widzimy, że to fachowcy od zadań specjalnych, którzy preferują "close combat" i uważają, że utrzymywanie dystansu do przeciwnika jest dobre dla cywili.

Strzały nie robią na potworze żadnego wrażenia (oprócz osypywania się kurzu) i w końcu udaje mu się dopełznąć do doborowej jednostki, i pożreć także i ją. Pułkownik Campbell nie ma wyjścia - sięga po granat. Ten, w przeciwieństwie do całej wystrzelonej amunicji, okazuje się bardzo skuteczny i roznosi obcą formę życia w drobny mak. Być może był to święty granat ręczny znany zupełnie skądinąd.

Niepocieszony Dr Bradford wraca do statku i z jakiegoś powodu wywołuje eksplozję - nie dość że sam zostaje ranny, to jeszcze uwalnia drugiego potwora. Ucieka mu co prawda trochę na czworaka, a trochę czołgając się, ale pewnie nie uszedłby z życiem, gdyby nie brawurowa akcja Martina, który taranuje monstrum swoim samochodem.

Niestety, Doktor nie ma dobrych wieści - wreszcie zrozumiał, czym są istoty przybyłe do nas z kosmicznej otchłani (a scenarzysta zawstydziłby chyba samego Stanisława Lema). To ruchome laboratoria, które pożerały ludzi by przebadać ich chemicznie, i wysłać swoim mocodawcom informację o słabościach rasy ludzkiej. Skoro obydwa laboratoria są martwe (zepsute?), komputer pokładowy rozpoczął transmisję danych i da sygnał do inwazji, chyba że Martinowi uda się go zniszczyć. Martinowi się niestety nie udaje, bo okładanie superwytrzymałej technologii obcych kolbą pistoletu, a nawet wyrwaną z pokładowej aparatury rurką nie przynosi efektów. Informacja zostaje wysłana, a ludzkość może szykować się na zagładę. Na szczęście w swoich ostatnich słowach Dr Bradford przemyca promyk nadziei - wszechświat jest wielki, dane będą leciały bardzo długo, a w ogóle to nie wiadomo czy po drugiej stronie jest jeszcze ktoś, kto mógłby je odebrać. I tego się trzymajmy.

To jest bardzo zły film, słusznie pojawia się w rozmaitych zestawieniach typu "100 Worst Movies Ever Made". Nie tylko ze względu na tytułowy pełzający terror i nonsensy fabuły, ale całość realizacji. Fatalne jest oświetlenie i kadrowanie, nie byłem w stanie w całym filmie znaleźć jednego dobrego ujęcia potwora. Albo nieostre, albo w cieniu, albo za gałęziami, albo w takiej perspektywie że nic nie widać... Chyba że to celowy zabieg autorów, by obca istota pozostała do końca tajemnicą... No i ten irytujący narrator, który gada, i gada, i gada. Za to jeśli już pojawiają się nieliczne dialogi, to nie są zsynchronizowane z obrazem i postaci wypowiadają swoje kwestie nie ruszając ustami. Dramat i nuda, polecam tylko najwytrwalszym.

Czego się nauczyłem:

- niezwiązana z fabułą przebitka wyjaśnia nam role kobiety i mężczyzny w małżeństwie - kobieta myje gary, a mężczyzna robi jej niespodzianki

- umiejętności taneczne młodzieży również w latach 50-tych były różne, a sztuka tańczenia do rytmu wcale nie taka częsta

- wnętrza statków kosmicznych wyglądają jak rozdzielnia w gazowni, pełne są guzików, dźwigni i pokręteł (mimo że ich obsługa nie ma rąk), opatrzonych w dodatku napisami po angielsku

W następnym odcinku:

Ten tytuł chodził za mną od dawna, w końcu jego kolej - "They Saved Hitler's Brain"!

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
strelnik
Czas publikacji:
sobota, 18 lipca 2015 00:18

Polecane wpisy

  • 82 – Le Viol du Vampire (1968)

    Z pudełka: Czy cztery piękne dziewczyny mieszkające w odludnej posiadłości to wampiry? Czy tylko ofiary chorej wyobraźni sprytnego zarządcy? Spróbuje to wyjaśn

  • 78 – De Lift (1983)

    Z pudełka: Seria makabrycznych wydarzeń wstrząsa nowo oddanym biurowcem. Pozornie ludzie giną przypadkowo, wskutek nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Dlacze

  • 77 – Blood Freak (1972)

    Z pudełka: Herschell, weteran z Wietnamu,próbuje się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Zbiegiem okoliczności trafia do hipisowskiej komuny, dzielącej czas

Komentarze

Dodaj komentarz

  • astroni napisał(a) komentarz datowany na 2015/07/19 17:08:34:

    "Po zjedzeniu szeryfa Martin zostaje jego następcą" - Martin pożarł szeryfa? :)

    "Być może był to święty granat ręczny znany zupełnie skądinąd" - haha, zupełnie jak magiczny Granat Ostatecznego Rozp***olu wymyślony przez pewnego krytyka dennych gier. Ta nieoczekiwana świętość granatów...

    Niesamowity przypadek, aż poszłam sobie z kolegą oglądać toto na YouTube.

Dodaj komentarz