Nie nadaje się do spożycia

Wpis

niedziela, 29 marca 2015

77 – Blood Freak (1972)

Z pudełka: Herschell, weteran z Wietnamu, próbuje się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Zbiegiem okoliczności trafia do hipisowskiej komuny, dzielącej czas między seks i narkotyki. Ani to, ani praca na pobliskiej fermie indyków nie przybliżą go do wyjścia na prostą. Przeciwnie, w połączeniu z mroczną tajemnicą z przeszłości stworzą mieszankę, która zmieni Herschella w krwiożercze monstrum...

Nie na temat: Uff, odzwyczaiłem się. "The Clones of Bruce Lee" jeszcze dawało radę, bo można było pooglądać kung fu. Ale teraz trafiłem na trudnego przeciwnika - legendarny "Blood Freak", film z 1972 roku wydany dopiero niedawno na DVD przez Something Weird Video. Produkcja z gatunku "zwołajmy grupę znajomych, wypożyczmy kamerę i udowodnijmy że da się zrobić film za 500 dolarów". Co charakterystyczne, baza IMDB zazwyczaj nie wymienia żadnych innych dokonań aktorów i ekipy (ewentualnie kilka podobnych dzieł nakręconych przez tych samych ludzi). Zebrali się, nakręcili, uświadomili sobie co wyszło (lub też uświadomiła im to publiczność) - i zajęli się czymś innym. Ale dlaczego w ogóle próbowali?

"Blood Freak" ma aż dwóch reżyserów - Brada Grintera i Steve'a Hawkesa. Jeden wcielił się w narratora, drugi w głównego bohatera - a reszta obsady, jak podaje IMDB, to studenci Grintera. Studenci aktorstwa, żeby było jasne - w co trudno uwierzyć siedząc przed ekranem. Bo film klimatem przypomina szkolną akademię - gdzie zestresowane dzieci stoją sztywno starając się nie patrzeć nikomu w oczy, i dukają wcześniej wyuczone kwestie, od czasu do czasu rzucając rozpaczliwe spojrzenie na nauczycielkę.

Można wręcz pomyśleć że to buddyjscy mnisi próbują zahipnotyzować widza monotonną recytacją. Albo więc Grinter zaprosił studentów tuż po egzaminach wstępnych, albo co bardziej rozgarnięci uczniowie odmówili zawczasu widząc co się święci. Zresztą sam Grinter wyznacza tutaj standard jakości, jako narrator co chwila przerywa swoje monologi i bezczelnie zerka na kartkę leżącą na stole. Cała reszta - scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty - się do tego standardu dostosuje.

Fabuła: Zaczynamy właśnie od narratora - facet z wąsami i papierosem opowiada coś o przeznaczeniu i katalizatorach zmian. Co ciekawe "katalizator" to termin korporacyjny - jeśli w firmie planowane są redukcje to nagle zaczyna się dużo mówić o zarządzaniu zmianą, a ludzie którzy mają tłumaczyć zwalnianym pracownikom że to dla ich dobra, to właśnie "katalizatorzy". Ale nie podejrzewam panów Brada i Steve'a (którzy oprócz reżyserii i głównych ról napisali też scenariusz) o taką wiedzę, chyba że wyczytali to w poradniku "jak odnieść sukces" kupionym na przecenie za 5 dolarów.

Potem, jak to w amerykańskim filmie (szczególnie przeznaczonym do kin samochodowych) przenosimy się na autostradę. Tam pannie w kusym wdzianku psuje się jej Cadillac, a przejeżdżający motocyklista reaguje natychmiast we właściwy sposób. Awaria nie może być poważna, bo wkrótce ruszają już razem - Angel (bo takie imię ma niefortunna zmotoryzowana) i Herschell, weteran z Wietnamu podobny trochę do Wolverine a trochę do Zbigniewa Wodeckiego. Imię Angel zobowiązuje, więc panna okazuje się nie tylko cnotliwa, ale wręcz świątobliwa (jest kaznodzieją, cytuje Biblię z pamięci i dla każdego ma jakieś dobre słowo).

Nie można tego powiedzieć o jej siostrze Ann, do której trafiają - tam trwa nieustająca impreza, gdzie kokaina i marihuana leją (a raczej sypią) się strumieniami. Nie tylko impreza, ale i orgia, bo z miejsca dwie uczestniczki (w tym właśnie Ann) zaczynają się - bezskutecznie - do Herschella przystawiać. Z tym że jeżeli wywołało to u was rumieńce i z niecierpliwością czekacie na ciąg dalszy opisu, przestrzegam: jakość jest i pozostaje dramatycznie niska. Poszczególne sceny ciągną się niemiłosiernie, wszyscy gadają jakby zamiast narkotyków wciągnęli środek nasenny i klepią dialogi typu "you are very big, you must be very strong". Dwuletnie dzieci potrafią lepiej udawać, że chcą się rozpłakać niż "studenci aktorstwa", których widzimy na ekranie. Dodatkowo ekipa miała chyba kłopoty techniczne, bo często kamera nie łapie ostrości - wskutek czego musimy minutami gapić się na kadry, które wyglądają na przykład tak:

Skrzywdzona Ann idzie na skargę do swojego kumpla-dealera Guya - a ten daje jej tajemniczego jointa, który ma Herschella urobić. Pozostaje tylko jeden problem - jak właściwie miałby go wypalić, skoro konsekwentnie odmawia wszystkich używek pojawiających się na stole (albo na podłodze). Tym niemniej rdzeń niecnego planu właśnie się narodził.

Na chwilę wtrąca się narrator, rozważając czy lepsza jest panna cnotliwa czy imprezowa. Dochodzi do wniosku, że obydwie są fajne, tylko inaczej, i znika. A Herschell, który i tak nie ma gdzie się podziać, spotyka się z kumplem Angel, Tomem. Ten akurat potrzebuje pomocnika na fermie indyków, na co Herschell ochoczo przystaje. Ale to dopiero następnego dnia, na razie nasz bohater idzie czyścić basen - gdzie wypatruje go Ann, i znowu zaczyna nagabywać. Nie idzie to najlepiej, mimo prezentowania nowego bikini - trzeba więc sięgnąć po jointa, reklamowanego jako środek na uspokojenie. Herschell nie wygląda na niespokojnego, ale zgadza się spróbować.

Dostaje fachową instrukcję, jak się zaciągać, co szybko przynosi efekt.

Na ciąg dalszy, czyli wizytę w łóżku Ann nie trzeba go już długo namawiać (znowu muszę uprzedzić - scena łóżkowa jest równie wciągająca jak reszta filmu).

I znowu narrator - bo kto by się oparł takiej kobiecie, i że ścieżki w naszym życiu się powtarzają (z czasem wyjaśni się, o co chodzi). Ok, w końcu jedziemy na fermę indyków - którym ewidentnie źle z oczu patrzy, jak się zaraz okaże nie bez powodu. Przez kilka minut czujemy się jak w programie "Magazyn rolniczy", szczególnie że praca Herschella wydaje się z początku polegać na patrzeniu na indyki.

Obowiązki faktycznie nie powalają - trzeba zbierać (dziwnie małe) indycze jajka i przenosić ptaki z jednego miejsca na drugie. Ale można dorobić - dwóch szemranych naukowców-pomocników Toma prowadzi na farmie nie do końca legalne eksperymenty: szprycują ptaki chemią. Przed wypuszczeniem drobiu na rynek chcą jednak upewnić się, czy nie ma efektów ubocznych u ludzi - na co potrzebujący pieniędzy Herschell bez wahania przystaje. A my czujemy, że to zły pomysł.

Wcześniej jednak okaże się, że Herschell wciągnął się w używki - wymaga od dealera stałych działek, a ich chwilowy brak oznacza ostry ból głowy. Dopiero Ann z kolejnym jointem (lecznicza marihuana?) potrafi ukoić cierpienia. Jak się okazuje nie na długo... Ale na razie przyszedł ranek, i nasz bohater może przystąpić do eksperymentu - czyli do zjedzenia całego indyka na śniadanie.

Herschell to kawał chłopa, więc z indykiem radzi sobie sprawnie (tylko dlaczego musimy to oglądać przez 3 minuty?). Ale konsekwencje nadchodzą błyskawicznie - pada targany konwulsjami, ku panice naukowców, którzy na wszelki wypadek postanawiają się ulotnić. Zdajemy sobie sprawę, że stało się coś ważnego, ale - pewnie dla zbudowania atmosfery - kolejne sceny są tak ciemne, że trudno cokolwiek zobaczyć. Tym niemniej pojedyncze kadry wyglądają obiecująco. W kostium wyraźnie nie zainwestowano zbyt wiele, nawet jak na standardy filmów klasy B. Indyczą głowę zrobiono z paper-mache, koszulę i spodnie aktor miał własne.

Herschell, już jako pół-człowiek, pół-indyk rusza do Ann - która wpierw mdleje, ale szybko dochodzi do siebie i zaintrygowana zaczyna rozmowę. To znaczy pół-rozmowę, bo jedyny dźwięk jaki Herschell jest w stanie wydać w nowej postaci, to radosny gulgot. Dlatego swoje kwestie... pisze na kartkach. A wszystko to w kompletnych ciemnościach.

Mimo tych problemów udaje im się zapewnić o wzajemnej miłości, omówić kwestie małżeństwa, do kogo mogą być podobne dzieci - a na koniec okazuje się, że może i głowa Herschella wygląda inaczej, ale cała reszta pozostała niezmieniona, ku radości Ann. Jedna z dziwniejszych scen 'romantyczno-erotycznych' jakie w ogóle widziałem (a raczej słyszałem, bo oświetlenia bardziej ubywa niż przybywa).

Znowu na chwilę włącza się narrator, sugerując że problemach można szukać boskiej pomocy - ale szybko orientujemy się, że miło już było, a teraz czas na krwawy horror typu 'gore'. Nic dziwnego, na widowni kina drive-in zasiadają nie tylko zakochane pary, ale też wszelkiej maści maniacy, psychopaci i niewyżyte nastolatki, które chcą dostać coś dla siebie.

Herschell po wizycie u Ann rusza zaspokoić rosnący głód. A jako że jest uzależniony, to i pokarm musi być odpowiedni: krew innych uzależnionych, najlepiej heroinistów. Dlatego napada kolejne panny (właśnie, ciekawe dlaczego tylko panny?), które po wstrzyknięciu działki snują się po terenie, wiesza do góry nogami, upuszcza krew z szyi i zawzięcie chłepcze (dziobem??).

Ann z kumplami chcieliby pomóc Herschellowi - ale ponieważ jarają bez ustanku, to brakuje im dobrych pomysłów, za to zaczynają coraz wolniej poruszać się i mówić. W międzyczasie 'przypadkowy przechodzień' łapie naszego monstrualnego indyka na gorącym uczynku. W szybkim starciu udaje mu się wbić nawet śrubokręt w oko ptasiej bestii, ale to nie wystarcza - potwór wyciąga śrubokręt i wbija go w oko napastnikowi, tym razem skutecznie. Herschell rusza na dalsze łowy, jedynie maska z paper-mache robi się bardziej krwawa.

W międzyczasie Guy, przyjaciel Ann, rozpaczliwie poszukuje towaru - dzwoni do regionalnego dealera, ale ten nie chce robić interesów bez forsy. Guy oferuje transakcję wiązaną - trochę kasy plus wdzięki Ann, śpiącej akurat w sąsiednim pokoju (w bardzo zachęcającej pozie). Dealerowi to pasuje, i zabiera się ochoczo do rzeczy - po to tylko, by zobaczyć w oknie przyglądającego się całej scenie Herschella. Nie podoba mu się to co zobaczył, daje więc nogi za pas, chowając się w jakiejś hali fabrycznej. Herschell podąża jednak bezwzględnie za nim, i wkrótce dopada nikczemnika.

To daje pretekst do kolejnej dawki makabry - nasz bohater postanawia ukarać dealera... obcięciem nogi piłą mechaniczną. Scena wygląda całkiem realistycznie (oszczędzę tutaj kadrów), jak się okazuje autorzy wpadli na dobry pomysł. Jako dealera zaangażowali... kalekę, który musiał po prostu udawać że ma dwie nogi. Pozwoliło to malowniczo uciąć i okrwawić protezę, a potem równie malowniczo wymachiwać kikutem.

Herschell jednak czuje się coraz gorzej - snuje się po okolicy, by w końcu trafić na kumpli Ann, którzy wyraźnie również łażą bez celu, ale za to mają ze sobą maczetę. Herschell ma wszystkiego dość i prosi ich o dekapitację - co następuje, dzięki czemu widz ma okazję zobaczyć parę drastycznych scen: obcinanie głowy 'w realu' zwykłemu indykowi, i co potem dzieje się z takim bezgłowym korpusem. Wszyscy widzowie ze skrzywioną psychiką muszą czuć się usatysfakcjonowani. A potem, niczym w "Odysei kosmicznej: 2001" mamy pełen surreal. Głowa pół-człowieka, pół-indyka spoczywa na talerzu, a obok trwa uczta z prawdziwym indyczym mięsem...

Ale czekajcie, to jeszcze nie koniec! Po tym wszystkim Herschell się... budzi. Mnie przynajmniej to zaskoczyło, aczkolwiek koncept jest stary jak świat - po zjedzeniu naszprycowanego chemią drobiu dostał halucynacji, spotęgowanych jeszcze wypalonymi jointami, oraz środkami przeciwbólowymi łykanymi po Wietnamie. Jest trochę wkurzony na Ann, że go wplątała w całą sytuację, ale kolejne dobre słowo od Angel, oraz widok Ann na molo w bikini łagodzą jego ból i pozwalają całej historii zakończyć się happy endem, a publiczności z ulgą rozjechać się do domów...

Czego się nauczyłem:

- faktycznie trzeba uważać z tą chemią. Dorobić się takiej indyczej głowy, to może być kłopot. A co jeśli zjemy tuczone chemią krewetki?

- jak najłatwiej doprowadzić widza do szału? Odtwarzać w kółko ten sam dwusekundowy krzyk, niezależnie od tego czy krzyczy kobieta, mężczyzna czy indyk. Wyraźnie dźwiękowiec też był dopiero studentem, i miał ograniczony dostęp do sprzętu

- jak cały film podsumowuje narrator? "To była historia oparta trochę na faktach, a trochę na prawdopodobieństwie" - dla mnie mistrzostwo świata, nie znajduję w tej logice żadnej luki

W następnym odcinku:

Niech to na razie pozostanie niespodzianką (również dla mnie, bo nie wiem co pierwsze przyjdzie z Amazona).

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
strelnik
Czas publikacji:
niedziela, 29 marca 2015 18:11

Polecane wpisy

  • 82 – Le Viol du Vampire (1968)

    Z pudełka: Czy cztery piękne dziewczyny mieszkające w odludnej posiadłości to wampiry? Czy tylko ofiary chorej wyobraźni sprytnego zarządcy? Spróbuje to wyjaśn

  • 81 – They Saved Hitler's Brain (1968)

      Z pudełka: Wokół profesora Colemana z dnia na dzień gęstnieje atmosfera. Jego badaniami nad antidotum przeciwko śmiertelnemu Gazowi G interesuje się arm

  • 80 – The Creeping Terror (1964)

    Z pudełka: Na amerykańskiej prowincji ląduje tajemniczy obiekt. Okoliczni mieszkańcy podejrzewają awarię samolotu, ale szybko orientują się, że to przybysze ni

Komentarze

Dodaj komentarz

  • astroni napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/30 22:41:00:

    Ojeeeeejku! Mistrz powrócił! Kiedy zobaczyłam Twój blog na górze w propozycjach aż podskoczyłam! Nawet dwa wpisy! Nie no, nie będzie merytorycznie, najpierw muszę się nacieszyć, potem przeczytam!

  • astroni napisał(a) komentarz datowany na 2015/05/04 22:35:32:

    Wróciłam, Mistrzu!
    Rety, co za badziew. Studenci aktorstwa usypiający głosem jak mnisi, hehe... I ten łeb z kartonu i snucie się po planie. Tak, to nawet dla największego twardziela musiało być ciężkim przeżyciem. A i tak motyw na końcu, że historia "została oparta na prawdopodobieństwie" skosił wszystko.

Dodaj komentarz