Nie nadaje się do spożycia

Wpis

środa, 18 marca 2015

76 – The Clones of Bruce Lee (1980)

Z pudełka: Tragiczna śmierć Bruce'a Lee prowadzi do serii niespodziewanych zdarzeń. Siły specjalne Hong Kongu sprzymierzone z genialnym Profesorem Lucasem powołują do życia klony mistrza widząc w nich niepokonaną super-broń. Jak jednak zareaguje świat na takie pomnażanie legendy kung-fu? I czy mini-armia Bruce'ów opowie się po stronie dobra, czy zła?

Nie na temat: Oglądanie filmów najgorszych to ciężki test dla psychiki. Podziwiam Michaela Adamsa, który przez cały rok codziennie oglądał coś ze śmietnika kinematografii, by potem opisać to w książce "Showgirls, Teen Wolves and Astro-Zombies" (którą szczerze polecam). Ja musiałem zrobić sobie kilka miesięcy przerwy, bo czułem że zaczynam tracić dystans - i filmy najgorsze zaczęły mi się wydawać zupełnie normalne, podobne do tego co widziałem włączając telewizor. Ale oto jestem znowu na posterunku, zdeterminowany by dociągnąć przynajmniej do obiecanej setki.

Azjatycka kultura i przemysł uwielbiają kopiować - dlatego śmierć Bruce'a Lee w 1973 roku uruchomiła lawinę inicjatyw zmierzających nie tylko do odtworzenia jego filmów, ale i samej postaci. Skutkiem tego jest osobny podgatunek kina azjatyckiego, "brucesploitation" oraz grupa epigonów z mniej lub bardziej (zazwyczaj mniej) oryginalnymi pseudonimami. Tylko w dzisiaj omawianym filmie zobaczymy Bruce'a Le, Bruce'a Lai, Bruce'a Thai oraz Dragona Lee. A byli przecież jeszcze Bruce Li, Lee Bruce, Bronson Lee, mój ulubiony Brute Lee oraz wielu innych. Po 1973 każdy chyba mieszkaniec Hong Kongu (oraz Chin, Tajlandii itd.), który potrafił podnieść nogę powyżej kolan pragnął iść w ślady wielkiego Mistrza.

Tytuły filmów nie pozostawały w tyle - nic dziwnego, skoro ich produkcją zajmowały się takie wytwórnie jak Spectacular Films. Mamy więc "Bruce the Super Hero", "Bruce's Ninja Secret", "Ponowne wejście smoka" ("Re-enter the Dragon"), "Wejście kolejnego smoka" ("Enter Another Dragon"), czy "Wejście dwóch smoków" ("Enter Two Dragons"). Dopełnieniem jest "Wyjście smoka, wejście tygrysa" ("Exit the Dragon, Enter the Tiger"). Jak widać każdy z następców miał swoje ambicje, i prędzej czy później ogłaszał się spadkobiercą stylu i kolejnym smokiem, a jak nie smokiem to chociaż tygrysem.

A z zupełnie innej beczki - nie miałem pojęcia, że "ten" Bruce Lee wystąpił w amerykańskich serialach z lat 60-tych: "Batman" i "Green Hornet". Jeżeli ktoś widział, to proszę coś napisać jak Bruce tam wypadł (jest dobrym czy złym charakterem?).

Fabuła: Miłośnicy filmów kung-fu przypominają amatorów porno - chcą jak najszybciej przejść do rzeczy (czyli w naszym przypadku do walki wręcz). Dlatego fabuła w "Klonach Bruce'a Lee" zawiązuje się błyskawicznie. Nieprzytomnego Bruce'a Lee przywożą do szpitala (bonusowo parę dokumentalnych przebitek z życia ku uciesze widowni). Lekarze nie są w stanie mu pomóc, ale natychmiast zjawiają się służby specjalne i tajemniczy Profesor Lucas - po to tylko, by pobrać próbkę DNA mistrza i zniknąć.

W następnej sekwencji widzimy już przygotowania do zabiegu. Mamy też próbkę koszmarnych, pisanych na kolanie dialogów, jakie będą nam towarzyszyć przez cały film - "Klony Bruce'a Lee. Cóż to by było za osiągnięcie naukowe. Profesorze, czy potrafi pan tego dokonać? Tak, potrafię. To powodzenia". Profesor zabiera się więc do pracy, korzystając z pomocy uroczych asystentek oraz swojego nieco dyskotekowego wynalazku - Magnatronu.

Ale tak jak pisałem - 5 minut filmu już za nami, a publiczność nie czeka na sceny z dzieciństwa klonów, tylko chce dostać swoją porcję łubudu. Dlatego szast prast i klony Bruce'a są już wyrośnięte i gotowe do akcji, trzeba je tylko obudzić i nadać imię. Do budzenia służy oczywiście Magnatron (czy tylko mi ten hełm przypomina motylka?):

Jeśli zaś chodzi o nadawanie imion, to Profesor (i scenarzysta) się nie wysila - "Twoje imię to Bruce Lee Dwa. Od tej pory będziesz robił wszystko co ci powiem". Takie postawienie sprawy, plus szatański śmiech profesora, nie wróży niczego dobrego. Na razie jednak przedstawiamy naszych bohaterów chlebodawcom, czyli tajnej policji Hong Kongu. Niestety co dziwne nigdzie nie trafiłem na ujęcie, na którym byliby wszyscy trzej Bruce'owie razem. Dodatkowo mam kłopot z rozróżnianiem azjatyckich twarzy, dlatego mogę tylko powiedzieć, że jeden z klonów (numer Dwa, akurat się nie załapał w kadr) jest wyraźnie większy od pozostałych, a w ogóle nie wydają się do siebie bardzo podobni (ani też podobni do oryginału).

Wreszcie wprowadzenie możemy uznać za zakończone, i razem z Brucem Lee Jeden, Dwa i Trzy przechodzimy do ulubionej sekwencji wszystkich kungfumaniaków: treningu. I tu niespodzianka - jednym z trenerów będzie sam Bolo Yeung. Najbardziej napakowany Azjata w historii, walczył z Brucem Lee w "Wejściu smoka", Jeanem Claudem van Damme w "Krwawym sporcie", i w paru innych klasycznych filmach. Generalnie jednak wybredny nie był, brał co dawali (i gdzie można było parę dolarów zarobić), więc ma na koncie ponad 100 epizodów w rozmaitych "kopanych" produkcjach. Na razie da wycisk wanna-be Bruce'om, którzy muszą jeszcze mocno popracować nad swoją techniką.

Mała dygresja - kopia filmu która ukazała się na DVD jest zapewne obrobioną wersją kinową. A jako że w Hong Kongu kręcono filmy w formacie 2.35:1, jego przygotowanie wymagało albo zmian proporcji (wtedy wszystko wygląda jak spłaszczone przez efekt relatywistyczny), albo przycięcia kadrów, co kończy się na przykład tak (ten w niebieskim to drugi mistrz, który nauczył Bruce'ów pięciu podstawowych stylów kung-fu):

Przeszkoleni Bruce'owie mogą ruszać w teren. Pierwszy od razu dostaje zadanie z gatunku trudnych - ma rozpracować Pana Chilo, który pod płaszczykiem produkcji filmowej zajmuje się szmuglowaniem złota (też tego nie rozumiem). Na szczęście Chilo kręci filmy kung-fu, więc Bruce Lee Jeden ma łatwiej - może się od razu zgłosić na gwiazdę. No i się zgłasza, tak dobrze sobie radząc, że aż sam właściciel przychodzi go obejrzeć:

Zwracam uwagę, że oglądamy tu film o kręceniu filmu (to się chyba nazywa "szkatułkowość"?) - z tym że ten wewnętrzny nie ma żadnej fabuły, bo kręcone są wyłącznie sceny walk. Pan Chilo jednak nie daje się nabrać - podejrzewa, że nowy jest wtyką policji i każe go zlikwidować. A konkretnie zastrzelić na planie (smutno ironiczne, jeśli przypomnimy sobie los Brandona Lee). Najwyraźniej jednak nikt nie ma pod ręką pistoletu, bo naszego bohatera najpierw próbuje załatwić dwóch białasów (będąc białasem w Azji nie zginiesz, zawsze znajdzie się rola w jakimś filmie - na przykład kung-fu - pod warunkiem, że nie masz kłopotu z graniem czarnych charakterów).

A potem jeszcze więcej miejscowych. Ale nic z tego, nowy Bruce przebije się przez nich jak przez masło - szczególnie, że nawet na komendę "Teraz wszyscy naraz!" i tak przeciwnicy ustawiają się w kolejce, co bardzo ułatwia radzenie sobie z nimi. Tu potrzebna jest kolejna dygresja: wyjątkowo słabo wypadła w tym filmie synchronizacja dźwięku z obrazem - dlatego czasami słyszymy uderzenia gdy na ekranie akurat nikt się nie rusza, by po chwili widzieć bohaterów okładających się w całkowitej ciszy.

Swoje dokładają też aktorzy - oczywiście każdy chce udowodnić, że to on jest tym "nowym" Brucem, dlatego starają się naśladować mistrza w najdrobniejszym szczególe. Bruce Lee wydawał charakterystyczne, wysokie okrzyki - jego następcy doprowadzają je do absurdu, bardziej przypominają nawoływania godowe rajskich ptaków niż krzyk wojownika. Oczywiście odpowiednia fryzura i okulary są niezbędne, podobnie jak gesty - pocieranie kciukiem nosa tak częste, że można podejrzewać aktorów o uczulenie na pyłki, czy wreszcie podarcie na sobie koszulki. Wiadomo, jak wojownik podrze na sobie koszulkę, to już nie ma na niego mocnych.

W każdym razie Bruce dopada szefów syndykatu zbrodni - w czasie gdy przenoszą styropianowe złoto z dziury w ziemi na XIX-wieczną dżonkę. Dżonka próbuje salwować się ucieczką, ale Bruce dogania ją wpław, dokonuje abordażu, spuszcza manto całej załodze a na koniec wymierza sprawiedliwość Panu Chilo. Misja zakończona.

W tym samym czasie Bruce Lee Dwa i Trzy ruszają do Tajlandii, by zneutralizować Doktora Nai, który ukryty w dżungli coś knuje i prawdopodobnie chce przejąć władzę nad światem. Na wstępie otrzymujemy fragment sponsorowany zapewne przez Ministerstwo Turystyki Tajlandii - piękne krajobrazy i uśmiechnięci ludzie na łódkach. I - co rzadko spotykane w azjatyckich filmach - dużo bonusowej golizny. Jest bieganie po plaży, wcieranie sobie kremu do opalania przez urodziwe Tajki i zakusy na uwiedzenie jednego z Bruce'ów, czemu on cudem się przeciwstawia wykorzystując swoją szybkość i intelekt (głównie jednak szybkość).

Kolejną Tajkę Bruce spotyka w swoim łóżku - tym razem jednak działa intelekt, bo każe jej się wynosić podejrzewając podstęp, a zaatakowany unieszkodliwia zdradliwą piękność jednym ciosem w krtań.

Tymczasem Doktor Nai nie przeczuwając jeszcze niebezpieczeństwa, snuje swoje diabelskie plany. W pierwszej chwili zrozumiałem, że produkuje jakąś odmianę Agenta Orange i planuje zniszczyć całą ziemską florę. Nie bardzo tylko ogarniałem, jak pomoże mu to przejąć władzę nad światem. Mimo że na światowego lidera Doktor Nai zdecydowanie się nadaje.

Czego nie można powiedzieć o jego pomocnikach-laborantach.

Obydwaj Bruce'owie oraz ich pomocnik to nie ninja - szturmują siedzibę Doktora przez główną bramę, odprawiając z kwitkiem kolejnych ochroniarzy. Po opanowaniu bramy podejmą jeszcze bardziej frontalny atak na główny budynek (gdzie jest jeszcze więcej ochroniarzy). A my tymczasem dowiemy się, co jest prawdziwą tajną bronią Doktora - tajemnicza mikstura, wstrzyknięcie której zmienia człowieka w niezwyciężonego metalowego golema.

Co ciekawe, skóra nieszczęśników barwi się na kolor złoty, Doktor twierdzi że ich ciało zamienia się w mosiądz, a wszyscy mówią na nich Ludzie ze Stali. W każdym razie Doktor Nai wystawia do walki grupkę nieco otyłych Azjatów pomalowanych złotą farbą, w za dużych majtkach i z głupim wyrazem twarzy. Uderzeni robią charakterystyczne "bong" (z tym że niestety ze względu na wspomniane wyżej problemy z synchronizacją nie zawsze dzieje się to w chwili ciosu) i chwilowo dają odpór Bruce'om, a nawet ścigają ich do najbliższej wioski.

Szczęście sprzyja jednak lepszym, więc Bruce'om przychodzi z pomocą zbieg okoliczności. Jeden ze Stalowych Ludzi pada na twarz tak nieszczęśliwie, że połyka... wiązkę trujących ziół, zebranych akurat przez miejscowe dziecko.

Inteligencja Bruce'ów jest legendarna, dlatego w mig obmyślają plan działania - każdemu ze Stalowych Ludzi trzeba wepchnąć wiązkę ziół do gardła. Oni potem sami już to przeżują, przełkną i padną martwi. Proste. Pozbywszy się metalowej armii i reszty ochroniarzy, można stanąć twarzą w twarz z mózgiem syndykatu. Doktorze, czas umierać!

Ale doktor doktorem, a jest jeszcze Profesor Lucas, który postanowił zrzucić maskę i ujawnić swą prawdziwą naturę. Jego profesorski umysł uznał, że trójka całkowicie posłusznych klonów to za dużo, wystarczy mu jeden, za to najlepszy. Dlatego każe im walczyć między sobą do upadłego. Ale to z kolei jest za dużo dla jego asystentek, które w heroicznej misji niszczą Magnatron (czyli odłączają głośniki, wskutek czego nie słychać poleceń). A parę wyjaśnień udzielonych ciepłym kobiecym głosem powoduje, że Bruce'owie idą po rozum do głowy, i idą wprać Profesorowi.

Trzech Bruce'ów nic nie zatrzyma - ani ich wcześniejsi trenerzy, ani laserowe barierki, ani ściana z dykty ani nawet ostatni 'specjalny' ochroniarz (jeśli on też jest klonem Bruce'a to musiał być bardzo wczesny prototyp).

Jego styl Modliszki można zneutralizować stylem Pijanej Małpy (jak to zwykle bywa w filmach kung-fu) - a potem oddać zwariowanego Profesora w ręce policji, wymierzywszy mu wcześniej parę solidnych razów. By wreszcie udać się całą trójką w siną dal, zapewne szukając kolejnych planów filmowych na których przyda się ktoś podobny do Bruce'a Lee.

Czego się nauczyłem:

- puszka Coca Coli i magnetofon kasetowy to symbole europejskiego stylu życia

- łopatą najlepiej kopie się doły uderzając nią na płask o ziemię

- dobrze mieć pod ręką wiązkę trujących ziół, aby nakarmić nią przeciwnika

- w biurach prawdziwych twardzieli sekretarki pracują topless

W następnym odcinku:

"Blood Freak" - horror o facecie, który zmienia się w krwiożerczego indyka.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
strelnik
Czas publikacji:
środa, 18 marca 2015 00:41

Polecane wpisy

  • 82 – Le Viol du Vampire (1968)

    Z pudełka: Czy cztery piękne dziewczyny mieszkające w odludnej posiadłości to wampiry? Czy tylko ofiary chorej wyobraźni sprytnego zarządcy? Spróbuje to wyjaśn

  • 81 – They Saved Hitler's Brain (1968)

      Z pudełka: Wokół profesora Colemana z dnia na dzień gęstnieje atmosfera. Jego badaniami nad antidotum przeciwko śmiertelnemu Gazowi G interesuje się arm

  • 80 – The Creeping Terror (1964)

    Z pudełka: Na amerykańskiej prowincji ląduje tajemniczy obiekt. Okoliczni mieszkańcy podejrzewają awarię samolotu, ale szybko orientują się, że to przybysze ni

Komentarze

Dodaj komentarz

  • astroni napisał(a) komentarz datowany na 2015/04/07 19:29:05:

    "zaczynam tracić dystans - i filmy najgorsze zaczęły mi się wydawać zupełnie normalne, podobne do tego co widziałem włączając telewizor" - wiesz, ja ci powiem, że telewizja i jej wszelakie w11 i inne trudne sprawy bynajmniej nie pomagają. Wśród takiego repertuary każdy by zdurniał. Powtórzę więc, że cieszę się i wielce podziwiam, że twój hart ducha znów wrócił do akcji :)

    "Wejście kolejnego smoka" (tak po polsku, jak po angielsku) zmiotło mnie na podłogę. Przecież ta lista nadaje się prosto do kabaretu, a oni to robili na serio..?

    "The Green Hornet" nie oglądałam, ale jego Wiki głosi (tak, ma własną Wiki!), że Bruce zagrał niejakiego Kato, czyli postać dobrą i główną. Co do "Batmana" nic nie mogę znaleźć, chyba że chodzi o crossover "Green Hornet" z serialem "Batman" z 1966 roku, w którym Bruce grał oczywiście... nadal Kato.

    Tak miło długaśna ta recenzja ^^ I ilu debilnie wyglądających aktorów! Zacne to było!

Dodaj komentarz